Tylko się uśmiechnęła, nie odpowiadając już. Znała podejście Cathala i nie zamierzała z tym walczyć. Na jego brak wiary też miała odpowiedź, zupełnie jej to nie wadziło, to była jego sprawa – i absolutnie na nic to nie wpływało. Po prostu wiedziała i robiła swoje, nie onieśmielali ją ci, którzy byli tak sceptyczni do sztuki dywinacji.
Nie odpowiedziała, kiedy zwrócił się do niej po imieniu, ani kiedy zapytał czy się dobrze czuje, czy wołać Nell. Słyszała to, a jakże, ale jakby bardziej z oddali, bo jej zmysły skupiały się na czymś zupełnie innym. Na słowach, albo na ich obrazach… nie potrafiłaby powiedzieć. Jeśli to była klątwa, to wyjątkowo wybiórcza, zresztą i o tym nawet nie myślała – nie w tej chwili na pewno. Nie, kiedy słowa układały się w znaczenia w jej głowie. Śmierć nadejdzie o zmierzchu… Zapach wrzosów, zmierzch, chłód… Wiatr, ciemne włosy, kobieta… Augustus sprowadzi zgubę…
I nie patrzyła już na zwoje. Patrzyła za to w jasne oczy Shafiqa, choć jej własne spojrzenie nie było tak ostre i bystre jak zazwyczaj, nie. Teraz było mętne, jakby patrzyła gdzieś indziej, gdzieś… tam, daleko, gdzie Cathal nie miał w ogóle wstępu.
– Śmierć nadejdzie o zmierzchu i nikt nie uwierzy w moje słowa, jak kiedyś nie uwierzono tej, której imię noszę – wyrecytowała, niemal na jednym tchu słowa, które przed momentem uformowały jej się w umyśle. Dopiero teraz odetchnęła i przymknęła powieki, mówiąc dalej, póki jeszcze miała to w głowie. – Chcąc zdobyć boskość, Augustus sprowadzi na nas zgubę.
Ginevra uniosła dłonie, by zacisnąć je na nadgarstkach Cathala.
– Widzę kobietę. Ma ciemne włosy, wiatr rozwiewa je, stoi na… to chyba są wrzosy. Fioletowe kwiaty, a ona pośród nich. Cassandra, tak ma na imię. To ona napisała te… te notatki. To jej zwoje – otworzyła swoje jasnobrązowe oczy dopiero, kiedy to powiedziała. Z nadzieją, że świat przestał być karuzelą sprowadzoną do tańczących na pergaminie znaczków. Znowu widziała jasne oczy Cathala.