Nie krzyczała nic do Longbottom, bo uważała, że to może zabrać jej cenne sekundy. Właśnie dlatego po prostu ruszyła w stronę Apolla, żeby mu pomóc. Brenna na pewno się domyśli, była przecież taka mądra!
Drzewo, które napotkał na swojej dordze brygadzista musiało zachowywać się tak samo, jak to na które wpadła jej partnerka. Zamierzało go pochłonąć, co nie wróżyło niczego dobrego. Musiała go uwolnić i wtedy powinni spieprzać stąd wszyscy w podskokach.
Blondyn zareagował od razu, gdy tylko Wood odcięła gałęzie, które próbowały go bardzo mocno przytulić. Bardzo dobrze, że był jeszcze w stanie się ruszać, wychodziło na to, że nie skończył tak źle, a gałęzie nie zdążyły go jeszcze za mocno uszkodzić. Czyli wszyscy byli cali i zdrowi.
Drzewo nie dawało za wygraną i nadal próbowało ich atakować. Ruda ciągnęła Apolla po ziemi, żeby odsunąć go jak najdalej. Na całe szczęście pojawiła się Brenn, która wyczarowała między nimi ścianę. Teraz nie musieli się martwić krwiożerczymi gałęziami. Mimo wszystko działała szybko, żeby przypadkiem nie obudziło się gdzieś obok jakieś kolejne drzewo, które chciałoby ją zabić.
Spojrzała na Apollo. Skoro on słyszał swoją matkę, nie dziwiła się wcale, że podszedł do tego drzewa. Ją także oszukało, jak widać one musiały działać w pewien określony sposób. Zwodziły ludzi, przyciągały do siebie, a później zabijały? Kto wie, co z nimi robiły. Wood wolała tego nie sprawdzać.
Na samą myśl o teleportacji zrobiło jej się niedobrze. Wiedziała, jak się to skończy, ale jak mus to mus. Przekłnęła głośno ślinę, wzięła głęboki oddech, była gotowa na to, żeby ten brygadzista zabrał ją ze sobą. Teleportowali się stąd na równi z Brenną, prosto do ministerstwa, gdzie Heather zwymiotowała do śmietnika, który się przed nią pojawił.