• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 8 9 10 11 12 … 16 Dalej »
[16.02.1971] Pierwsze ataki śmierciożerców || Laurent & Philip

[16.02.1971] Pierwsze ataki śmierciożerców || Laurent & Philip
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#4
20.09.2023, 13:14  ✶  

Fanatyzm - idealne określenie organizacji, jaką byli Śmierciożercy. Niby postulaty są jasne, niby je rozumiesz, ale one jakoś nie docierają do głowy. Jakoś... nie do końca się w niej mieszczą. Nie ważne, ile razy to mielił w swojej głowie, nie ważne, ile razy temat wracał, wciąż było to tak samo paraliżująco przerażające i niechętne do zaakceptowania. To jednak, czy to zaakceptujesz czy też nie wcale nie sprawy, że Czarny Pan ze swoimi zastępami po prostu... znikną. Laurent bał się wielu rzeczy, a to, że był bękartem, że jego krew nie była czysta, że płynęła w niej moc magicznej istoty, jaką była selkie, wcale nie sprawiała, że czuł się bardziej komfortowo. Dla czarodziei często to było wszystko jedno - byle w rodowodzie nie było mugolskiej krwi. Ale czy na pewno było tak wszystko jedno? Laurent przeżywał naprawdę trudne chwile za dzieciaka, wytykany palcami, bo nie był dumnym dziedzicem rodu, bo był inny. To, że chciałby głośno mówić o równości czarodziei z mugolami było wypadkową tego strachu. Nie było to godne, nie było bohaterskie, ale koniec końców był tylko człowiekiem o małej mocy sprawczej, kiedy przychodziło do bronienia się przed czarną magią.

Spojrzał z lekko zmarszczonymi brwiami na na Philipa, kiedy wypowiedział magiczne słowa, że on to nigdy nie ryzykuje, och, oczywiście, jaki to on zawsze był przezorny i ostrożny... nie był. Był gotów, jak większość mężczyzn, robić absolutne głupoty, żeby tylko zyskać poklask, a najlepiej jeszcze ekscytację panien wokół. Nie skomentował tego jednak, bo i jego spojrzenie nie było przygananą. Jego spojrzenie wyrażało zmartwienie. Przeszło go przyjemne ciepło, jakie dodawało sił, od tego prostego dotyku, jakim go obdarzył, więc i krótki uśmiech ozdobił jego twarz.

Pracownice Ministerstwa zamachały z dołu do Philipa dając mu tym samym znać, że rozumieją, co im przekazuje i wskazały też z dołu ręką kierunek, że będą tam szły. Bo kiedy wejdą w drzewa to przy tym śniegu mogą nie być tak widoczne. Duma, wielkie bydle pieszczotliwie określane przez niektórych jako pies, stanął w śniegu z nastawionymi do przodu uszami, wpatrując się w las i szczeknął głośno. Na tyle, że chociaż Laurent w większości ich ignorował to obejrzał się na moment. Ciemny las, którego mrok był pogłębiony przez zachmurzone niebo i sypiący z góry puch. Niczego tam nie widział, ale nie był głupi, żeby ignorować ostrzeżenie swojego towarzysza. Gwizdnął na niego - żeby nie zagłębiał się dalej. Ewidentnie kobiety sobie z Philipem radziły, a chociaż Laurent wcale nie chciał im odmawiać ochrony to nie wiedział, czy z kontrolą nad jarczukiem by sobie poradziły. Nie chciał, żeby Duma wpadł na jakiegoś błądzącego czarodzieja, który nieopatrznie wyciągnie różdżkę czy na magiczne stworzenie, które będzie zwyczajnie przestraszone i... cóż, jarczuki miały swój instynkt, bardzo silny zresztą. Należało uważać, co się z nimi robiło. Tym nie mniej troszkę z niepokojem zerkał przez ramie, aż przestał podtrzymywać czar, a raczej - czar podtrzymywał, ale zamroził go na moment, żeby czasem nie popełnić błędu przez rozproszenie. Duma przyszedł do niego i zaczął węszyć tam, gdzie Laurent odblokował drogę. Dokończył czar i ruszył zaraz za psem.

Wnętrze było częściowo spalone, a w większej części wygasło naturalnie przez mróz i śnieg - dokładnie tak jak wyglądało to z zewnątrz. Laurent pochylił się pod zawaloną belką, żeby przejść do tej zdatnej części tej powiększonej trochę magicznie hali. Były tu klatki, niektóre zwierzęta martwe leżały na ziemi, wcześniej przywalone, czy spopielone częściowo. Laurent przysunął ręka do nosa i ust, czując jak zbiera mu się na wymioty przez chwilę, kiedy ten widok dotarł do jego oczu. Gniazda smoczogników i ślady po płomieniach. Wyglądało to wszystko jak samo pisząca się historia. Śmierciożercy zaatakowali, smoczogniki tutaj hodowane spanikowały, albo chciały nawet bronić właścicieli. Z tego, co wiedział, to ta hodowla nie była legalna. I te stworzenia nie były tutaj legalnie przetrzymywane. Przynajmniej tak został poinformowany w liście od Ministerstwa. Część z nich zamierzał zabrać przynajmniej na razie do New Forest, zanim znajdą nowy dom. A niektóre może już tam zostaną.

Cichy pisk pomieszany ze śpiewem rozległ się w zawalonej części budynku. Laurent przechodził po kolei po tym miejscu, zamknął sprawdzał niektóre stworzenia czy ich stan był stabilny, narzucił nawet jakąś ścierkę na klatkę jednego z ptaków, żeby ciemność je trochę uspokoiła przed ruchem. Poruszył znów różdżką, żeby przemodelować część spalonych mebli i to, co zobaczył, kompletnie go zaskoczyło. Feniks, malutki, niedorosły, siedział w pogniecionej klatce, piszcząc i płacząc. Pisklę. Laurentowi aż gula w gardle stanęła, kiedy podbiegł do stworzenia, żeby naprostować klatkę, która wyglądała tak, jakby zaraz miała go zmiażdżyć.

- Ciii... spokojnie kolego... zabiorę cię stąd... - Może Śmierciożercy wcale niekoniecznie chcieli przyjść konkretnie po mugoli? Może szukali feniksa? A może obecność tego mistycznego ptaka była całkowicie przypadkowa?

Tymczasem dwie kobiety weszły w las, stąpając ostrożnie i badając otoczenie, gdy Philip latał na górze, poszukując reszty stworzeń, które mogły się rozbiec po okolicy. I może nawet zauważył sylwetkę w czarnych szatach, a może umknęła jego uwadze między drzewami. Ale była tam - i on widział Philipa dokładnie. Zielony promień światła pomknął w niebo, wycelowany prosto w niego. Tak cicho. Tak spokojnie. Przebłysk migający między czystymi, białymi płatkami. Zupełnie, jakby całemu światu było to obojętnie, co stanie się tego dnia z Philipem Nottem.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Laurent Prewett (3405), Philip Nott (1956)




Wiadomości w tym wątku
[16.02.1971] Pierwsze ataki śmierciożerców || Laurent & Philip - przez Philip Nott - 16.09.2023, 19:28
RE: [16.02.1971] Pierwsze ataki śmierciożerców || Laurent & Philip - przez Laurent Prewett - 17.09.2023, 10:18
RE: [16.02.1971] Pierwsze ataki śmierciożerców || Laurent & Philip - przez Philip Nott - 19.09.2023, 00:04
RE: [16.02.1971] Pierwsze ataki śmierciożerców || Laurent & Philip - przez Laurent Prewett - 20.09.2023, 13:14
RE: [16.02.1971] Pierwsze ataki śmierciożerców || Laurent & Philip - przez Philip Nott - 21.09.2023, 17:47
RE: [16.02.1971] Pierwsze ataki śmierciożerców || Laurent & Philip - przez Laurent Prewett - 22.09.2023, 12:41
RE: [16.02.1971] Pierwsze ataki śmierciożerców || Laurent & Philip - przez Philip Nott - 22.09.2023, 22:08
RE: [16.02.1971] Pierwsze ataki śmierciożerców || Laurent & Philip - przez Laurent Prewett - 23.09.2023, 12:31
RE: [16.02.1971] Pierwsze ataki śmierciożerców || Laurent & Philip - przez Philip Nott - 23.09.2023, 16:21
RE: [16.02.1971] Pierwsze ataki śmierciożerców || Laurent & Philip - przez Laurent Prewett - 23.09.2023, 17:59

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa