21.09.2023, 01:48 ✶
Dolohov dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że przyjęcie zaproszenia od brata Annaleigh nie było szczytem głupoty, ale nie było też szczególnie mądre...
Tak naprawdę mógł mieć to wszystko gdzieś. Loretta była irytująca i szczerze mówiąc nie zdziwiłby się szczególnie gdyby cała ta sprawa była winą tego, że znowu zrobiła coś durnego. Philip Nott był najnudniejszym człowiekiem, jakiego widział kiedykolwiek (latanie na kijku to chyba najnudniejsza dyscyplina sportowa na świecie, w Rosji przynajmniej gra się na całych drzewach). Louvain? Ani go ziębił, ani go grzał, ale znowu - latanie na kijku. Bazując na wymianie listów sprzed kilku dni, nie dało się z nim nawet poprzepychać się na obelgi. Dlaczego więc miałby go wesprzeć? Pojawiając się tutaj, napędzał tę machinę jeszcze bardziej. Później wszyscy będą go prosili o komentarz w tej sprawie, albo w ogóle wymyślą sobie kolejną historię z dupy, którą będzie musiał prostować miesiącami... Ah, gdyby tylko Peregrinus nie wyjechał na urlop w góry i mogliby dalej badać retrogradację Merkurego, prawdopodobnie nigdy by tu nie przyszedł. Ale Peregrinus siedział sobie teraz gdzieś w Szkocji, a Vakel mógł tylko układać tarota, żeby nakierować się na to, który z posiadanych sweterków Trelawney może mieć teraz na sobie. Ciekawe, czy w ogóle dowiedziałby się o tym całym wydarzeniu, gdyby jego asystent tu był. Coś w tym wszystkim mówiło mu, że to jeden z tych eventów, które czujne oko Peregrina oceniało negatywnie po samym nagłówku zaproszenia, a koperta lądowała w kominku Praw Czasu, zanim Dolohov mógł zobaczyć w niej cokolwiek innego niż potencjalną wtopę wizerunkową.
Vakel i Lyssa nie mieli mocnego wejścia. Zabrakło im zadziwiających kreacji i wielkiego wozu zaprzęgniętego w gigantyczne kucyki, na widok których Dolohov kaszlnął do córki znacząco, w ten sposób, który skrycie mówi „zobacz, jaka tandeta”, ale udaje bycie jedynie reakcją na to, że zaschło ci w gardle. Pojawili się tutaj jakby znikąd - Dolohov miał w końcu swoje sposoby na to, żeby nie rzucać się w oczy i było to trochę przerażające - bo w jednym momencie spoglądałeś w tamtym kierunku i nie widziałeś nikogo, a w drugim stał tam cholernie wysoki i chudy facet, któremu sesje w „Czarownicy” musieli zapewne robić na zapas, bo to jest niemożliwe, żeby inaczej dali radę publikować je tak często. Dolohova nigdy nie widziało się stojącego samotnie - towarzyszyli mu zwykle żona lub asystent, ale dzisiaj zamiast nich znalazła się obok niego jego młodziutka córka imieniem Lyssa. On ubrał się, jak zawsze zresztą, elegancko - w szyty na miarę, czarodziejski garnitur. Z daleka prezentował się jednolicie, z bliska zaś dostrzec się dało subtelny wzór przedstawiający mniejsze i większe, rozsypane po materiale gwiazdy. Jego córka miała na sobie zwiewną, terakotową, godną lata sukienkę, w popularnym we Francji kroju. Ciężko było rozdzielić ich myślami, bo poza tym, że stali obok siebie, to przyszli tutaj w identycznych parach przeciwsłonecznych okularów. Pomijając ten mały detal, oboje wyglądali po prostu dobrze.
Po zjechaniu w myślach wszystkiego, po zbesztaniu każdego elementu dekoracji i człowieka w tej sali od góry do dołu, po narzekaniu do samego siebie, że tak naprawdę nie chciał tutaj być i w ogóle po co oni tutaj przyszli, Dolohov wpadł w dwusekundową panikę, że ktoś wpuścił do tej całej strefy VIP kogoś potencjalnie bezdomnego i on będzie śmierdział. Po zamruganiu dotarło do niego, że ten ktoś po prostu nie zdecydował się dzisiaj uczesać. W dodatku Dolohov go znał.
- Mhm, mhm - skomentował inteligentnie to, co mówiła do niego Lyssa, kiedy szli przed siebie, a potem jej przerwał - a to jest kuzyn Annaleigh Rabastan, znacie się już? Jesteście w podobnym wieku... - Ale Rabastan poszedł usiąść w swojej loży i to nie była ich loża, poza tym nie chciało mu się za nim biec.
Tak naprawdę mógł mieć to wszystko gdzieś. Loretta była irytująca i szczerze mówiąc nie zdziwiłby się szczególnie gdyby cała ta sprawa była winą tego, że znowu zrobiła coś durnego. Philip Nott był najnudniejszym człowiekiem, jakiego widział kiedykolwiek (latanie na kijku to chyba najnudniejsza dyscyplina sportowa na świecie, w Rosji przynajmniej gra się na całych drzewach). Louvain? Ani go ziębił, ani go grzał, ale znowu - latanie na kijku. Bazując na wymianie listów sprzed kilku dni, nie dało się z nim nawet poprzepychać się na obelgi. Dlaczego więc miałby go wesprzeć? Pojawiając się tutaj, napędzał tę machinę jeszcze bardziej. Później wszyscy będą go prosili o komentarz w tej sprawie, albo w ogóle wymyślą sobie kolejną historię z dupy, którą będzie musiał prostować miesiącami... Ah, gdyby tylko Peregrinus nie wyjechał na urlop w góry i mogliby dalej badać retrogradację Merkurego, prawdopodobnie nigdy by tu nie przyszedł. Ale Peregrinus siedział sobie teraz gdzieś w Szkocji, a Vakel mógł tylko układać tarota, żeby nakierować się na to, który z posiadanych sweterków Trelawney może mieć teraz na sobie. Ciekawe, czy w ogóle dowiedziałby się o tym całym wydarzeniu, gdyby jego asystent tu był. Coś w tym wszystkim mówiło mu, że to jeden z tych eventów, które czujne oko Peregrina oceniało negatywnie po samym nagłówku zaproszenia, a koperta lądowała w kominku Praw Czasu, zanim Dolohov mógł zobaczyć w niej cokolwiek innego niż potencjalną wtopę wizerunkową.
Vakel i Lyssa nie mieli mocnego wejścia. Zabrakło im zadziwiających kreacji i wielkiego wozu zaprzęgniętego w gigantyczne kucyki, na widok których Dolohov kaszlnął do córki znacząco, w ten sposób, który skrycie mówi „zobacz, jaka tandeta”, ale udaje bycie jedynie reakcją na to, że zaschło ci w gardle. Pojawili się tutaj jakby znikąd - Dolohov miał w końcu swoje sposoby na to, żeby nie rzucać się w oczy i było to trochę przerażające - bo w jednym momencie spoglądałeś w tamtym kierunku i nie widziałeś nikogo, a w drugim stał tam cholernie wysoki i chudy facet, któremu sesje w „Czarownicy” musieli zapewne robić na zapas, bo to jest niemożliwe, żeby inaczej dali radę publikować je tak często. Dolohova nigdy nie widziało się stojącego samotnie - towarzyszyli mu zwykle żona lub asystent, ale dzisiaj zamiast nich znalazła się obok niego jego młodziutka córka imieniem Lyssa. On ubrał się, jak zawsze zresztą, elegancko - w szyty na miarę, czarodziejski garnitur. Z daleka prezentował się jednolicie, z bliska zaś dostrzec się dało subtelny wzór przedstawiający mniejsze i większe, rozsypane po materiale gwiazdy. Jego córka miała na sobie zwiewną, terakotową, godną lata sukienkę, w popularnym we Francji kroju. Ciężko było rozdzielić ich myślami, bo poza tym, że stali obok siebie, to przyszli tutaj w identycznych parach przeciwsłonecznych okularów. Pomijając ten mały detal, oboje wyglądali po prostu dobrze.
Po zjechaniu w myślach wszystkiego, po zbesztaniu każdego elementu dekoracji i człowieka w tej sali od góry do dołu, po narzekaniu do samego siebie, że tak naprawdę nie chciał tutaj być i w ogóle po co oni tutaj przyszli, Dolohov wpadł w dwusekundową panikę, że ktoś wpuścił do tej całej strefy VIP kogoś potencjalnie bezdomnego i on będzie śmierdział. Po zamruganiu dotarło do niego, że ten ktoś po prostu nie zdecydował się dzisiaj uczesać. W dodatku Dolohov go znał.
- Mhm, mhm - skomentował inteligentnie to, co mówiła do niego Lyssa, kiedy szli przed siebie, a potem jej przerwał - a to jest kuzyn Annaleigh Rabastan, znacie się już? Jesteście w podobnym wieku... - Ale Rabastan poszedł usiąść w swojej loży i to nie była ich loża, poza tym nie chciało mu się za nim biec.
with all due respect, which is none