Laurent zupełnie źle odczytał intencje i złość Victorii – bo ona również, podobnie jak Brenna, nie była na Laurenta zła dlatego, ze przeszkadzał. W ogólnie nie miała w głowie takich myśli. Była zła, ale ta złość wynikała bardziej ze zmartwienia, bo Laurent zwyczajnie na siebie nie uważał. Tyle. A zupełnie egoistycznie nie chciała go stracić, to nie było ani trochę skomplikowane.
Wyłapała spojrzenie Patricka i skinieniem głowy dała mu znać, że zrozumiała przekaz. Była więc gotowa odejść na bok i poczekać, aż Brenna skończy dobijać targu odnośnie wątpliwej wartości chaty w lesie – ale musiała mieć ku temu powód. W każdym razie Mildred została odprowadzona bezpiecznie, nikomu najwyraźniej nic się nie stało… całe szczęście, a Victoria zdołała w końcu swoje emocje schować za maską oklumencji, idealnie gładką, idealnie spokojną. Lauren na szczęście zatrzymał się i został z nimi…
Spojrzała wymownie na Brennę, kiedy Patrick zapytał czy byli w Kniei po Beltane.
– Byłyśmy nawet we dwie – potwierdziła nieco bezbarwnym, wypranym z emocji głosem. – Nie słyszałeś w Biurze historii o błotoryju? – to brzmiało jak wstęp do jakiegoś beznadziejnego dowcipu, ale najgorsze w nim było to, że na końcu błotoryj wybuchał i że nie był to wcale żart. Poza tym Victoria raczej nie szlajała się po Kniei.
Ale fakt, wyglądało na to, że była tutaj najmniej poinformowana w temacie. Od czasu Beltane w Ministerstwie mówiono o tak wielu dziwnych przypadkach wszystkiego, a kiedy jeszcze zmagasz się ze swoim chłodem, nie swoimi wspomnieniami i nagłą sławą, to jakoś… Pewne rzeczy mogły umykać. Nawet komuś tak skrupulatnemu jak Victoria.
– Cały czas tam miałam wrażenie, jakbym była znowu w Limbo. To wrażenie… Nie wiem. Może mi się tylko wydaje, ale to odczucie bycia obserwowanym… – spojrzała tutaj na Patricka, ciekawa czy miał podobne wnioski do niej. Z wtedy, gdy szli leśną ścieżką, martwą, po przejściu tamtędy Voldemorta i jego podwładnych. – Jest duża szansa, że wylazły z Limbo może nawet przypadkiem. Tak jak my tam weszliśmy… One mogły wyjść – i dlatego tak się wystraszyła, kiedy Laurent wyszedł do nich sam. To, co jej się wydawało, zupełnie nie zbadawszy tematu, brzmiało nieco zbieżnie do tego, czego dowiedziała się Brenna. A potem spojrzała uważnie na Laurenta. – Jasne. O ile nam nie zakleją nagle ust – miała tylko nadzieję, ze Laurent przestanie się narażać… Ale to nie było miejsce na tę rozmowę.