Nieświadom wszystkiego, co działo się na niebie, Laurent rozejrzał się prędko za jakąś chustką, czy czymkolwiek, co mógłby zarzucić na klatkę feniksa, a co jeszcze tutaj zostało, ale potem stwierdził, że to kiepski pomysł. Nie wiedział, czy to jest młody feniks, czy feniks, który odrodził się w płomieniach, ponieważ naprawdę coś mu się stało. Tak samo jak nie był teraz pewny, czy w ogóle bezpiecznie było dotykać samej klatki. Co, jeśli został na nią rzucony jakiś urok? W końcu to był niezwykle cenny ptak, bardzo cenne stworzenie, które niestety możliwe było do wykorzystania na wiele sposobów. I można było mu wyrządzić okropną przy tym krzywdę. Przez kilka chwil gorączkowo się nad tym zastanawiał i w końcu ostrożnie dotknął klatki różdżką, sprawdzając ją magią rozpraszania. Magią, co do której może i nie był zupełnym tłukiem, za przeproszeniem, ale na pewno nie uważał się za jej specjalistę. Tak jak chyba każdej magii. Nieszczególnie ułatwiało mu to życie w Hogwarcie. Przez moment spod różdżki strzeliły iskry, ale nie takie, które mogłyby znów podkręcić atmosferę tego miejsca. Jak na fakt, że była zima, było tu i tak ciepło. W ubraniu zimowym Laurenta, w ciepłym płaszczu, jaki miał na sobie, wręcz przez moment miał wrażenie, że jest gorąco, dopóki przez szczeliny w mizernie odbudowanym transmutacją domu nie wpadł mroźny wiatr. Wydawało mu się, a niemal był pewien, że klatka musi być też chroniona jakoś przed otwarciem, pewnie przed tym, żeby feniks nie zniknął i nie wrócił do swojego domu. O ile w ogóle swój dom pamiętał. Tym nie mniej chyba czar chroniący przed zbliżeniem się udało mu się zdjąć..? Wyciągnął ostrożnie rękę do kółeczka na czubku złoconej klatki i... nic nie wybuchło. Złapał z ulgą to więzienie i podniósł ostrożnie, chwilowo, dla wygody, pomniejszając samą klatkę z ptakiem, żeby wsunąć pod swój płaszcz i ochronić bezbronne teraz stworzenie przed zimnem.
- Nic ci nie będzie, kolego. Znajdziemy twój dom. - Przyobiecał, choć wcale nie był pewien, czy był w stanie tej obietnicy dotrzymać.
Wyszedł na zewnątrz i spojrzał na las - teraz ledwo go było widać, przysłaniający wszystko, coraz intensywniej padający śnieg ledwo pozwalał go dostrzec. Po Philipie również śladu nie było. Samo latanie w taką pogodę nie było do końca bezpieczne, przynajmniej jego zdaniem, co dopiero szukanie czegoś... pogoda im nie sprzyjała. Wzniósł różdżkę, by stworzyć ze spadających płatków śniegu przejrzystą kopułę wokół tej budowli, żeby chociaż był w stanie przygotować wszystkie te stworzenia do wyniesienia. Rozejrzał się raz jeszcze... i kiedy śnieg przestał wpadać mu do oczu myślał, że serce mu wypadnie. Wyślizgnie się przez żebra, martwe i sflaczałe. Był tam. Wisiał na miotle siłując się z nią, kiedy przybrany w czarne szaty mężczyzna zataczał właśnie koło - zniknął Laurentowi z pola widzenia. Zgroza go zdjęła, kiedy tak Philip podciągnął się na tej miotle i znowu na nią wsiadł. Śmierciożerca znów się pojawił - a wraz z nim ostre sople wyczarowane ze śniegu, wycelowane prosto w zawodnika quidditcha. Laurent sam machnął z przerażeniem swoją różdżką, żeby z tego samego śniegu wyczarować przed Nottem podobną tarczę, jak stworzył wokół siebie i wejścia do buynku. Z tym, że ta nie była już taka wyrafinowana - kawał losu, żeby zatrzymać lecące pocisku. Kolce robiły się na tej szybie. Laurent nawet nie ośmielał się odzywać. Co robić? Nie wiedział. Biec po pomoc, starać się dotrzeć do tamtych pracownic, próbować pomóc? Śmierciożerca zdał sobie sprawę z tego, że do jego zabawy przyłączyła się osoba druga... zatrzymał miotłę na moment, przesuwając w powietrzu różdżką ostatni raz. Z padającego śniegu wytworzył chmurę, która całkowicie przysłoniła widok na niego i na wszystko, co za ścianą tej szaro-białej kurtyny się działo.