Szła za Geraldine – to jedno się nie zmieniło, tak we śnie, we wspomnieniach (czy cokolwiek to było), jak na jawie… Musiało to śmiesznie wyglądać. Wysoka Geraldine, wysoki Erik i pomiędzy nimi dość niziutka aurorka, w pełnym mundurze, ściskająca swoją wierną różdżkę. Czuła niepokój, denerwowała się… A tym bardziej, że nigdzie nie widziała Laurenta. Bo jeśli miałaby się za kimś rozglądać, to właśnie za nim – i szukała go, oprócz tego, że starała się mieć na baczności. Geraldine mówiła, że coś czuje, a Lestrange nie miała zamiaru ignorować jej zmysłu… czy cokolwiek to było. Erik powiedział coś dziwnego, ale Victoria nie skomentowała, ludzie mieli swoje tajemnice, a ta nie była jej do dopytywania i zgadywania.
– Je czyli co dokładnie? – dopytała Geraldine. Może czuła mniej-więcej, tak jak wiedziała co się działo z tym chłopcem? To zawsze mogło ich przygotować nieco bardziej… nawet jeśli były wszędzie. Cokolwiek przeżyło zatopienie statku, i cykle wynurzeń i zatopień… Nie było to nic, co miało dobre zamiary, czyż nie?
– Tak, dokładnie. Co się stało kiedy zostałeś z tą kobietą? – „zostałeś”, albo raczej został ten mężczyzna, w którego życie Erik się wcielał. – Ten chłopiec, Elijah. Okazało się, że był obskurodzicielem – mruknęła ciszej, ponownie rozglądając się nieco nerwowo na boki. Schody trzeszczały, jakby się miały zaraz rozwalić przy jednym nieostrożnym ruchu, drewno było śliskie… Victoria bardzo starała się stąpać uważnie, żeby nie skręcić kostki – już niedawno jej się to zdarzyło i co prawda szybko ją poskładano, to mimo wszystko dwa razy w ciągu półtorej tygodnia? Za dużo.
Widok restauracji nieco ją zaskoczył – to, że w ogóle jakieś resztki tapety po tylu latach i zatopieniu się ostały.
– Co? Chwila – w pierwszej chwili nie zauważyła żadnej sylwetki przy stole – Gerry ruszyła do przodu, za nią Erik. I tym razem Victoria za nimi, zupełnie nie rozumiejąc co się dzieje. To był ktoś od nich? Ale co by tu ten ktoś robił całkiem sam? Aż jej serce mocniej zabiło i ścisnęła swoją różdżkę.