Phihlip był pełen siebie samego, że przecież nie było innej możliwości, żeby uznał, że ktoś mógłby go nie rozpoznać. Ale w tej pogodzie? Przy tym śniegu, w tych warunkach? Laurent nie wiedział, czy ta walka dopiero się zaczęła, czy może trwała już od chwili. Dłuższej chwili, bo przecież sporo czasu zajęło mu oporządzanie całego tego miejsca. A co z tamtymi kobietami? Nic im nie było? Czy Philipowi nic nie było? Nie był w stanie dojrzeć, czy jego szaty splamione było krwią, czy coś rzeczywiście złego się tutaj wydarzyło. Jego oczy biegały po rozwoju wydarzeń, sytuacji. I nawet nie mogły w pełni za nim nadążyć. Szczególnie, kiedy kurtyna puchu wszystko pokryła, bo... bo chyba tajemniczy mężczyzna w masce zamierzał wziąć nogi za pas. Dwóch na jednego... a może był tak pewny siebie, że rzeczywiście zamierzał walczyć do końca? Przekonany, że to rodzina tych mugoli przyleciała z odsieczą? Gdyby Ministerstwo wiedziało, że kręcą się tutaj tak niebezpieczne jednostki nie posyłałoby cywili. Dostał list z prośbą o zabezpieczenie magicznych stworzeń, a nie... a może w ogóle aurorzy byli również w okolicy i przeczesywali teren? Bardzo wiele niewiadomych składało się na obecność tego mężczyzny w tym miejscu. Laurent stał pod tym budynkiem i nie miał pojęcia, co robić. Nie kiedy zaklęcia zaczęły latać w tę i z powrotem, a dwójka panów zniknęła w tej absolutnej wrzawie. Laurent nie miał... pomysłu nawet, co zrobić. Podrygiwał tylko co chwila, napięty, unosząc różdżkę, to ją przesuwając, to opuszczając. A jedną ręką przyciskając do siebie małą teraz klatkę z feniksem. Nie puszczał żadnego zaklęcia. Bał się. Mógł uczynić krzywdę Philipowi, mógł bardziej zaszkodzić, nie był na tyle szybki, żeby się w tę wymianę wtrącić.
W jego oczach wszystko to było kotłowaniną, która przetoczyła się przed jego oczami jak tajfun. Błyskawicznie przeszedł i równie szybko zniknął, rozbijając o drzewa. Sekunda? Dwie? Przecież to wszystko trwało o wiele dłużej. I jednocześnie było chwilą. Nieznajomy, zamaskowany mężczyzna runął w dół, a jego miotła kawałek przed nim. Philip zanurkował - i przez moment Laurent spanikował, że on również spadał. Machnął teraz już różdżką, by zamienić pobliskie drzewa w płachtę, którą zamortyzowałaby uderzenie, gdyby obaj panowie mieli uderzyć nagle w ziemię... ale do tego nigdy nie doszło. Złapany przez Philipa Śmierciożerca uderzył w trzymającą go rękę, żeby dobrowolnie polecieć w dół, ale nigdy na ziemię nie spadł. Zniknął. Z cichym trzaskiem aportacji. Ze strony Laurenta nastały wydłużające się w nieskończoność dziesięć sekund ciszy.
- Philipie! - Wystartował z miejsca, żeby podbiec w stronę blondyna z mocno walącym sercem. - Nic ci nie jest? Nic ci się nie stało? - Pytał gorączkowo, spoglądając na niepoprawnie odważnego Notta, który, cytując "był ostrożny". Lecz nie zamierzał wdawać się tutaj w dyskusję, bo jeśli Philip sądził, że Laurent będzie chciał go zabić to... źle myślał. Na czym polegało bycie ostrożnym? Na ucieczce? Czy to był popis z jego strony? Dla Prewetta jasne było jedno: obronił się. Obronił ich, być może obronił te stworzenia, bo może ten mężczyzna poszedł za jakimś stworzeniem, może zamierzał tu wrócić, a może działo się tutaj coś jeszcze dziwniejszego. Nigdy się o tym już nie dowiedzą - taką nadzieję miał Laurent. I owszem, nie cierpiał przemocy, ale nie zawsze możliwe było jej pełne uniknięcie. Nie spodziewał się jednak tego, że ściągnięcie tutaj Philipa zakończy się tym, że ten w ogóle będzie musiał się bronić.