Nie znał się na cudach tworzonych na miotłach przez zawodników quidditcha. Czasami oglądał go w szkole, żeby upewnić się w tym, że oglądać go nie ma ochoty w dorosłym życiu. W Hogwarcie, rzecz jasna, bardziej poszedł tam, bo "wszyscy szli" niż dlatego, żeby samemu się wybrać. W końcu poszedł po rozum do głowy i przestał tak zawzięcie walczyć o to, żeby się dopasować do tłumu, do którego nie pasował. Należało nauczyć się, że nie ma niczego złego w byciu po prostu sobą. Każdy miał swoje dobre i złe cechy. Zwątpienie jednak było bestią, która wyżerała wnętrzności. Taką, z którą niezwykle trudno było walczyć. Nie miała kształtu fizycznego, nie można było jej potraktować zaklęciem, żeby ją przegonić. Albo zabić. Tak samo niszczyła, kiedy myślałeś, że jeszcze jedno zaklęcie więcej i nie skończy się tylko na chwianiu na miotle. Że wtedy będzie z tego prawdziwa tragedia. Tak właśnie rozpadały się serca i upadała dusza. Człowiek był jednak stworzeniem, które potrafiło się adaptować i jeśli tylko dało mu się odpowiednie warunki to potrafił wygoić i wyleczyć wszystkie rany. Czasem bolały po tym blizny.
Gdyby nie to, że przytrzymywał dłonią ciągle klatkę to pewnie wpadłby na Philipa, żeby go objąć. Ale coś krył pod czarodziejskim płaszczem. Mimo to stanął przed nim, złapał jedną dłonią, chowając różdżkę naprędce, jego rąbek szaty i spojrzał na niego od góry do dołu, szukając obrażeń, szkód, chociażby małego zarysowania na jego ubraniu. Ciężko było, żeby w ogóle się nie pojawiły przy tej szalonej szarpaninie... Znów wyjął różdżkę i przesunął nią w powietrzu przed Philipem. To, że nie widać krwi, nie znaczyło, że obrażeń żadnych nie ma, w końcu mówią o magii! Na szczęście Philip wyglądał zdrowo. ZBYT zdrowo! Jakby w zasadzie było to coś, czego dokładnie potrzebował! Te zdrowie wypieki na twarzy i... w ogóle. Odetchnął głęboko, patrząc w oczy niewiele niższego od niego mężczyzny... i w końcu złapał go ramieniem z różdżką i przytulił. Z ulgą.
- Dzięki Bogu... - Odsunął się od niego, powstrzymując się przed bardziej intymnymi gestami. I odsunął. Odsunął, spoglądając przez moment na Philipa, żeby zaraz spojrzeć na ciemny las - teraz niegościnny, może wręcz wrogi, gdy nie wiedziałeś, co się kryło w gęstwinach. - Przygotowane są wszystkie, żeby je zabrać... czekam na powrót pań z Ministerstwa. - Spojrzał przy tym bacznie na towarzysza, jakby nie chciał usłyszeć, że tamtym niewiastom jednak coś jest. Że ta potyczka była bardziej nieprzyjazna, krwawa, niż chciał zakładać. I na szczęście - takich słów się nie doczekał. - Nie wiem, czy nie szukali czasem tego kolei... - Laurent odsłonił płaszcz, żeby pokazać młodego feniksa, całkowicie pokracznego w swojej małej formie.
Kobiety w końcu wróciły. Nieświadome w ogóle czegokolwiek, co się tutaj działo - do czasu. Bo nie trzeba było czekać długo, kiedy ku domostwu zaczęła się zbliżać dwójka czarodziei na miotłach. Laurent w pierwszym momencie był zaalarmowany, ale mężczyźni szybko się przedstawili, że są z Ministerstwa - aurorzy. Pogawędka o tym, co się tutaj działo, że miało miejsce zabezpieczanie terenu, że jeden im uciekł - wszystko stawało się jasne. Czyli jednak Ministerstwo tutaj posłało aurorów, po prostu nie było ich w odpowiednim miejscu, żeby zareagować na walkę, jaka się wywiązała z Philipem, a Śmierciożerca musiał wziąć Philipa za kogoś z Ministerstwa. Kobiety porozumiały się z Departamentem Magicznych Stworzeń. Laurent poprosił jeszcze o pomoc, żeby kobiety zerknęły na niektóre ranne stworzenia, bo im nie mógł pomóc. Większość ze stworzeń została zabrana, a część z nich Laurent zgodził się przynajmniej tymczasowo przetrzymać u siebie. Albo i na zawsze, jeśli nie uda się znaleźć ich domów. Czy hodowla była nielegalna czy nie - już nie dopytywał. Nie było to jego sprawą. Do siebie zabrał i również feniksa, informując uprzednio, że takowy tutaj był.
Minęło kilka godzin, zanim mogli się w końcu rozejść na swoje strony, zmęczeni, ale przynajmniej żywi. Zadowoleni z tego, że chociaż trochę udało się cokolwiek w tym świecie naprawić.