Potrzebowała czasu, żeby sobie te wszystkie emocje przemyśleć. Wspomnienie babci rozstroiło ją kompletnie – i oczywiście, że trafiło do pamiętnika, by łatwiej było jej rozdzielić emocje babci płynące z tego, jak czytała list, a tego, co czuła sama Victoria. To nie było proste zadanie, szczególnie, że wszystko łączyło się, mieszało… Czy te wspomnienia pojawiały się ze względu na silne emocje, które sama odczuwała? Czy to dlatego, że pod pewnymi względami życie Victorii i Elisabeth było… zbieżne? Bo gdzieś w punktach ich życia miały miejsce podobne sytuacje? Nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie – czy to dlatego widziała te wspomnienia akurat w tych momentach. Może był to czysty przypadek. Ale ten czas, kilkudniowy, by emocje oddzielić od siebie, był bardzo potrzebny. Też do tego, żeby sobie część rzeczy przemyśleć. Jak to dlaczego tak mocno ją trafiły słowa Sauriela. Wiele z nich.
Nie próbowała się z nim skontaktować przez ten czas i pewnie nie próbowałaby dalej, gdyby sama nie dostała sowy od Rookwooda. Nawet miała czas… czy raczej odsunęła inne rzeczy, na priorytet biorąc jednak jego i zjawiła się w Little Hangleton tak jak chciał. Wyglądała… Jak zwykle? Nie sprawiała wrażenia mocno przybitej, z zapuchniętymi oczami ani nic z tych rzeczy, ale dało się wyczuć, że nie tryska swoją standardową energią – po prostu gdzieś tam mogła sprawiać wrażenie zmęczonej. I była zmęczona, tylko, że nie fizycznie – a psychicznie.
Milczeli. Victoria popijała tę kawę, również z mlekiem i patrzyła jak ćmy i komary latają wokół światełek. Wdychała zapach kwiatów, jakie nocą, w tym chłodzie, tutaj pachniały. Ciasteczka były dobre i była pewna, że to nie Sauriel je piekł, chociaż się odgrażał jeszcze w kwietniu, że się nauczy.
– Wiem – powiedziała z westchnięciem. Już jej udowodnił, że nie chce jej krzywdy, widziała to i mu ufała – jak wtedy, kiedy wkradł się do jej pokoju i Brenna myślała, że się na nią rzuci, a tego nie zrobił. I jak później przez kilka dni… mieszkali ze sobą w Londynie, jak pilnował, żeby mogła spokojnie spać, albo jak musiała go prosić, żeby posmarował maścią jej bliznę na plecach, bo nie była w stanie sama tego zrobić.
Że jakaś krzywda będzie… Oczywiście, że sobie z tego sprawę zdawała. Na tym świecie nie było ludzi idealnych, ona też nie była, a ta nieidealność sprawiała, że ludzie się krzywdzili nawet wtedy, kiedy wcale tego robić nie chcieli. A czasami… Nie mieli na to nawet wpływu, tak jak winą Sauriela nie było, że został wampirem, i Victoria naprawdę doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Przechyliła się nieco w stronę stolika, na moment opierając na nim łokieć. Nie miała na sobie ani płaszcza, ani swetra – ot, sukienkę z bardzo krótkim rękawem, sięgającą kolan. Miała zresztą założoną nogę na nogę.
Miała mu ochotę odpyskować, że skąd ma wiedzieć, skoro jej nie mówi i cały czas bazowała na tym, co sama widziała i słyszała, a poza tym, to jedyną osobą która nie ma szans się z „rynsztoka” wytoczyć jest Voldemort, ale ugryzła się w język. Może i dobrze – bo Sauriel mówił dalej. Ściągnęła nawet łokieć ze stolika, kiedy stwierdził, że „podniesie jej świadomość” i nieco zdziwiona oglądała jak rozpinał guziczki na rękawie koszuli. Trzymała właśnie filiżankę kawy w dłoni, kiedy Sauriel położył przedramię na stoliku. Ciemne oczy Victorii spojrzały najpierw na jego twarz, później na rękę…
I zamarła. Nie było nerwowego sięgania po różdżkę, kawa nie wypadła jej z rąk brudząc wszystko dookoła – chociaż dłoń lekko jej zadrżała, ale tylko lekko. Mroczny Znak. Tego symbolu nie dało się pomylić z niczym innym. Poza tym Victoria wiedziała, że Śmierciożercy go mają, kilku przecież złapano i widziano, i…
Serce to jej chyba przestało na moment bić i przyłapała się na tym, że wstrzymała oddech. Powolutku odłożyła filiżankę na spodek.
Czy była zdziwiona? Była. Czy powinna być? Chyba nawet niekoniecznie, ale. To nie miało sensu. Nie miało kurwa sensu. Sauriel. Śmierciożerca. Nienawidzili mugoli. Mugolaków. A co robił Sauriel? Kurwa czytał mugolskie książki. Grał mugolskie piosenki. I kumplował się z czarodziejami półkrwi (technicznie nie byli problemem, bo to postulaty o mugolach i mugolakach były w mocy, ale nie byli też czarodziejami czystej krwi i mieli w rodowodzie mugola… gdzieś tam). Więc spojrzała niemalże z jakimś takim oburzeniem na tatuaż na jego przedramieniu, i nawet się wyprostowała, nadal z nogą założoną na nogę, nadal siedząc.
– Co ty mi tu. To jakiś żart? – nie, nie żart i widziała dobrze, że to nie żart, ale TO NIE MIAŁO SENSU. – Zamierzasz się wytłumaczyć z tego? Jakieś „dlaczego”?