Zamrugał parokrotnie, z coraz to większym zdziwieniem słuchając wyjaśnień Heather, która potwierdziła, że faktycznie dobrze powiązał nazwisko Prewett z zaproszonych na bal kobiet. Kiedy jednak wplątano w to jeszcze brata Brenny i cały klan Malfoyów, Cameronowi nieco zakręciło się w głowie. Tyle nazwisk, tyle powiązań... Jak ludzie to ogarniali? Dobrze, że nigdy nie planowałem zostać historykiem, pomyślał, wzdrygając się na samą myśl. To, że pamiętał kilku pacjentów z oddziału, było cudem, a co tu dopiero rozeznanie się w koneksjach czarodziejskiej ''arystokracji''.
— Masz zaskakująco dobrą pamięć, jak na to, ile wypiliśmy tamtej nocy — stwierdził, bo poniekąd był pod wrażeniem. Po tym, ile szampana i wina w siebie wlali, Cameron ledwo kojarzył, gdzie skończyli tę noc, nie mówiąc już o szczegółowych opisach wszystkich gości. No i bóbr. Tak, o tym nie dało się zapomnieć. — Zazdroszczę. Chociaż my się chyba bawiliśmy lepiej, niż reszta.
Zanim opuścili salę restauracyjną, Cameron podebrał z tacy dodatkową porcję wina musującego. Nie za bardzo wiedział na co powinien się nastawiać, idąc na ten koncert, więc wolał się jakoś zabezpieczyć, zwłaszcza że był tutaj z Rudą. Na „normalnej” imprezie, pewnie po prostu zaczęliby obgadywać ludzi, ale Lupin miał wrażenie, że tutaj to nie przejdzie. Goście Crouchów mogli być dużo mniej tolerancyjni od tych, których spotkali u Brenny i Erika.
— A tą Pettigrew kojarzysz? — spytał, kiedy zaczęli przebijać się przez korytarze statku. — Gra coś nowoczesnego? — W jego oczach zagościł błysk nadziei. — Wiesz gitara, perkusja, czy... Coś w tym stylu? — Skrzywił się lekko. A co jeśli to była jakaś podstarzała śpiewaczka operowa? — Nie, żeby było coś złego w klasyce...
Zaczął oglądać się na prawo i lewo, czy ktoś ich przypadkiem nie podsłuchał. Wolałby nie podpaść organizatorom tym, że obgaduje ich atrakcje, zanim w ogóle wyrobił sobie zdanie na ich temat. Koniec końców Cameron dotarł wraz z Heather na salę.
A więc fortepian... Cóż, mogło być dużo, dużo gorzej. Lupinowi przeszło przez myśl, że gdyby padło na flecistkę, to nie mógłby się powstrzymać przed paroma żartami na temat tego instrumentu muzycznego. A wtedy to już na pewno zwrócono by na nich uwagę, bo zapewne oboje ryknęliby śmiechem. Koncert fortepianowy upłynął więc Cameronowi na dyskretnym popijaniu wina i próbach zrozumienia przekazu utworów, jakie wygrywała gościom panna Pettigrew.
Kiedy występ dobiegł końca, para nie czekała na innych gości, tylko ruszyła w trzewia statku, co by odszukać swoją kabinę i spędzić trochę czasu we własnym towarzystwie. Jak najdalej od zgiełku tworzonego przez resztę zaproszonych na rejs czarodziejów i czarownic.