09.11.2022, 18:13 ✶
Dzisiejszego wieczoru nie miał być aurorem z Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Nie miał być nawet Adelardem Longbottomem. Świat oczekiwał, że w ten wieczór zaprezentuje się mu jako członek szanowanej rodziny z wyżyn społecznych. Bal organizowanym przez Longbottomów mieli uświetnić swoją obecnością przedstawiciele innych znamienitych rodów. Chcąc nie chcąc, akceptował to, że w niektórych sytuacjach należy podporządkować się standardom obowiązujące w pewnych kręgach towarzyskich. Zasady wymagały od niego chociażby włożenia na siebie drogiego garnituru wieczorowego. Wybrał ten w kolorze głębokiego granatu. Czerń stała się dla niego zbyt nudna. I tak zwykle nosił ją na co dzień. Granatowy przełamywał tą monotonię.
Zapiął guziki w dwurzędowej marynarce i strzepnął jakiś niewidzialny pyłek z ramienia. W zapachu który osiadł na tkaninie wyraźnie wyczuwał bergamotkę, jałowiec, drzewo sandałowe a także odrobinę kminku. Machinalnie poprawił spinki przy rękawach, po czym podszedł do lustra, sprawdzić czy coś jeszcze wymagało poprawy. Elegancki garnitur na szczęście zmienił go tylko w wytwornie ubranego czarodzieja. a nie wyniosłego arystokratę. Nie raz widział jak co niektórzy czarodzieje z dobrych domów przybierają postawę dumnej arystokracji. Było to coś z czym raczej nie chciał być kojarzony. Uznawszy, że wygląda zadowalająco, skierował się do stolika, gdzie leżała różdżka. Pomyślał, że powinien zajrzeć do Faye i zobaczyć, jak radziła sobie z własnymi przygotowaniami do balu. Troska, jaką ją otaczał nie wynikała wyłącznie z tego, że Faye musiała radzić sobie z różnymi ograniczeniami. Była jego żoną. Małżeństwo dbało o siebie nawzajem, czyż nie? To było coś normalnego i całkowicie naturalnego. Oczywiście parę osób dało mu do zrozumienia, że popełnił błąd wiążąc się z kimś, kto z czasem może stać się coraz większym ciężarem. Matka jak zwykle okazała się najmniej subtelna w swoich opiniach. Bez ogródek stwierdziła, że musiał być niespełna rozumu żeniąc się z taką kobietą, skoro stać go było na wiele więcej. Nietrudno zgadnąć, że idealną kandydatką na żonę według Estelli była czarownica, która spełniała wszystkie jej oczekiwania. Byłoby najlepiej gdyby bez słowa sprzeciwu ożenił się z dziewczyną, którą sama mogłaby mu wybrać. Zapewne podjąłby rozsądną decyzję, gdyby nie był tak sentymentalny. Winę za to ponosił jego ojciec, który przekazał wraz z krwią irytujące słabostki.
Zacisnął palce na różdżce. Nie, nie będzie psuł sobie nastroju wspominając co i kiedy powiedziała Estella. Nie zaprzeczył przed samym sobą, że kiedyś jego życiu pojawiła się osoba z którą był szczęśliwy. Czuł się gotów budować z nią wspólną przyszłość. Ale to było dawno temu. Bez sensu wracać do tego co minęło i zastanawiać, jak wyglądałaby teraźniejszość, gdyby konkretne wydarzenia potoczyłyby się inaczej. Postanowił ułożyć sobie życie z Faye i był całkowcie zadowolony ze swojego wyboru. Nie postrzegał jej jak ciężaru czy przeszkody. Przeciwnie. Widział w niej młodą, zdolną kobietę, która stała mu się bardzo bliska. Będzie z nią szczęśliwy tak długo jak ona będzie z nim szczęśliwa.
Rozmyślania przerwał mu głośny trzask z sąsiedniego pomieszczenia. Natychmiast skierował w jego stronę kroki, lekko zaniepokojony widokiem, który mógłby w nim zostać.
- Co się dzieje? - zbliżył się do kaszlącej Faye - Pochyl się - nakazał. Nauczył się przed laty, że łatwiej odkrztusić, gdy się nieco nachyli. Równie pomocne było uderzenie dłonie w odpowiednie miejsce na plecach. Rozejrzał się, gdy sytuacja została jako tako opanowana. Zauważył rozbitą filiżankę i sięgnął po różdżkę, by prostym zaklęciem usunąć powstały bałagan.
- Potrzebujesz mojej pomocy?
Nie kierowała nim litość, lecz czysto praktyczne podejście do zastanego problemu. Zdążył się przekonać, że litowanie się nad kimś z powodu jego niesprawności, bywało dla niego gorsze niż niechęć albo pogarda.
Zapiął guziki w dwurzędowej marynarce i strzepnął jakiś niewidzialny pyłek z ramienia. W zapachu który osiadł na tkaninie wyraźnie wyczuwał bergamotkę, jałowiec, drzewo sandałowe a także odrobinę kminku. Machinalnie poprawił spinki przy rękawach, po czym podszedł do lustra, sprawdzić czy coś jeszcze wymagało poprawy. Elegancki garnitur na szczęście zmienił go tylko w wytwornie ubranego czarodzieja. a nie wyniosłego arystokratę. Nie raz widział jak co niektórzy czarodzieje z dobrych domów przybierają postawę dumnej arystokracji. Było to coś z czym raczej nie chciał być kojarzony. Uznawszy, że wygląda zadowalająco, skierował się do stolika, gdzie leżała różdżka. Pomyślał, że powinien zajrzeć do Faye i zobaczyć, jak radziła sobie z własnymi przygotowaniami do balu. Troska, jaką ją otaczał nie wynikała wyłącznie z tego, że Faye musiała radzić sobie z różnymi ograniczeniami. Była jego żoną. Małżeństwo dbało o siebie nawzajem, czyż nie? To było coś normalnego i całkowicie naturalnego. Oczywiście parę osób dało mu do zrozumienia, że popełnił błąd wiążąc się z kimś, kto z czasem może stać się coraz większym ciężarem. Matka jak zwykle okazała się najmniej subtelna w swoich opiniach. Bez ogródek stwierdziła, że musiał być niespełna rozumu żeniąc się z taką kobietą, skoro stać go było na wiele więcej. Nietrudno zgadnąć, że idealną kandydatką na żonę według Estelli była czarownica, która spełniała wszystkie jej oczekiwania. Byłoby najlepiej gdyby bez słowa sprzeciwu ożenił się z dziewczyną, którą sama mogłaby mu wybrać. Zapewne podjąłby rozsądną decyzję, gdyby nie był tak sentymentalny. Winę za to ponosił jego ojciec, który przekazał wraz z krwią irytujące słabostki.
Zacisnął palce na różdżce. Nie, nie będzie psuł sobie nastroju wspominając co i kiedy powiedziała Estella. Nie zaprzeczył przed samym sobą, że kiedyś jego życiu pojawiła się osoba z którą był szczęśliwy. Czuł się gotów budować z nią wspólną przyszłość. Ale to było dawno temu. Bez sensu wracać do tego co minęło i zastanawiać, jak wyglądałaby teraźniejszość, gdyby konkretne wydarzenia potoczyłyby się inaczej. Postanowił ułożyć sobie życie z Faye i był całkowcie zadowolony ze swojego wyboru. Nie postrzegał jej jak ciężaru czy przeszkody. Przeciwnie. Widział w niej młodą, zdolną kobietę, która stała mu się bardzo bliska. Będzie z nią szczęśliwy tak długo jak ona będzie z nim szczęśliwa.
Rozmyślania przerwał mu głośny trzask z sąsiedniego pomieszczenia. Natychmiast skierował w jego stronę kroki, lekko zaniepokojony widokiem, który mógłby w nim zostać.
- Co się dzieje? - zbliżył się do kaszlącej Faye - Pochyl się - nakazał. Nauczył się przed laty, że łatwiej odkrztusić, gdy się nieco nachyli. Równie pomocne było uderzenie dłonie w odpowiednie miejsce na plecach. Rozejrzał się, gdy sytuacja została jako tako opanowana. Zauważył rozbitą filiżankę i sięgnął po różdżkę, by prostym zaklęciem usunąć powstały bałagan.
- Potrzebujesz mojej pomocy?
Nie kierowała nim litość, lecz czysto praktyczne podejście do zastanego problemu. Zdążył się przekonać, że litowanie się nad kimś z powodu jego niesprawności, bywało dla niego gorsze niż niechęć albo pogarda.