24.09.2023, 22:39 ✶
Nie byłem pewien, o co tak właściwie chodziło Avelinie. Pragnęła bym był sobą, ale kiedy tylko próbowałem nie uchodzić za smarka czy idiotę, robiła coś, co kompletnie wybijało mnie z rytmu, kusiło by nieco pozadzierać sobie z nią, by być przy niej tym Ślizgonem ze szkoły, a czasami może nawet jakimś tajemnym kochankiem, który powoli zakradał się do niej, do jej pokoju, jej łoża, do jej ciała. Tylko że wtedy... Cóż... Nigdy do niczego nie dochodziło. Padało hasło żona, a we mnie przewracały się wszystkie ostatnie posiłki w żołądku. Albo mój dotyk Avelinę przerażał, albo jednak nie czuła do mnie tego, co oświadczała wtedy, na kolacji.
I właściwie nie powinna nic do mnie czuć. Byliśmy tu stricte w relacjach przyjacielskich, a ja debilnie rzucałem się na nią jak wygłodniały pies, bo przypadkiem odsłoniła kolano, że się pochyliła, ukazując dwie pełne piersi. Może wcale nie uśmiechała się przy tym cwanie? Może coś źle interpretowałem, sobie tłumaczyłem? Może tak naprawdę jej nie znałem? Kim byłem? Co tu robiłem? Czemu jechałem pociągiem, patrząc w chmury? Powinienem być w domu, przy żonie i dzieciach.
Usiadłem, zastanawiając się, co też najlepszego wyrabiałem. Chciałem pomyśleć, poradzić się, podziękować Avelinie, a zamiast tego dodawałem sobie zmartwień, tracąc głowę. Inaczej nie można było tego określić. Tylko tak bardzo jej pragnąłem. Tak bardzo pragnąłem zniknąć jej w ramionach. Jak wtedy, kiedy świat mi runął. Jak po kolacji, kiedy skosztowałem miękkości jej warg. Wszystko się tak szybko rozpłynęło, że żałowałem. Pragnąłem mieć więcej czasu, możliwości by odpowiednio to zbadać, zapamiętać, a teraz...?
Powinienem się pozbierać by nie być idiotą - pomyślałem, chcąc wstać i iść na swoje miejsce, ale wtedy pojawiła się w drzwiach Avelina z kawą. Wstałem, chcąc jej pomóc, ale zamarłem, kiedy na nią spojrzałem, na nią będącą w towarzystwie jakiegoś mężczyzny. Zamarłem dosłownie. Na przesadnie długą chwilę. Nawet nie byłem świadomy, że zaciskam w dłonie w pięści. Cholernie mi się nie podobało to, że się do niej uśmiechał i że w ogóle ją nagabywał.
Rozsunąłem powoli drzwi, tak by Avelina się nie przestraszyła. Byłem wyprostowany bardziej niż zwykle i surowy na twarzy bardziej niż zwykle. Bardziej niż zwykle byłem skłonny również zabijać spojrzeniem.
- Nie słyszysz, że ona nie chce z tobą iść!? - zapytałem chłodno, nawet na nią nie patrząc. Jedynie przesunąłem się lekko w bok by mogła przemknąć do naszego przedziału. Spojrzenia nie spuszczałem z młodego mężczyzny, który raczej nie chciał problemów... A może? Mogłem mu narobić ich wystarczająco, biorąc również poprawkę na jego potomków, coby ich też nie ominęła jakaś paskudna klątwa. A o pobitej mordzie też nie zapomnę. Tak dla zasady. Już nawet mnie świerzbiła dłoń by ją zacisnąć w pięść.
- Avelino... - odezwałem się do niej nad wyraz łagodnie, chcąc ją ocknąć, pospieszyć. Miałem ochotę powiedzieć kolesiowi jeszcze kilka rzeczy, aczkolwiek cisza niekiedy znaczyła więcej aniżeli słowo, poza tym nie zamierzałem z nim rozmawiać. Jeszcze czego!
I właściwie nie powinna nic do mnie czuć. Byliśmy tu stricte w relacjach przyjacielskich, a ja debilnie rzucałem się na nią jak wygłodniały pies, bo przypadkiem odsłoniła kolano, że się pochyliła, ukazując dwie pełne piersi. Może wcale nie uśmiechała się przy tym cwanie? Może coś źle interpretowałem, sobie tłumaczyłem? Może tak naprawdę jej nie znałem? Kim byłem? Co tu robiłem? Czemu jechałem pociągiem, patrząc w chmury? Powinienem być w domu, przy żonie i dzieciach.
Usiadłem, zastanawiając się, co też najlepszego wyrabiałem. Chciałem pomyśleć, poradzić się, podziękować Avelinie, a zamiast tego dodawałem sobie zmartwień, tracąc głowę. Inaczej nie można było tego określić. Tylko tak bardzo jej pragnąłem. Tak bardzo pragnąłem zniknąć jej w ramionach. Jak wtedy, kiedy świat mi runął. Jak po kolacji, kiedy skosztowałem miękkości jej warg. Wszystko się tak szybko rozpłynęło, że żałowałem. Pragnąłem mieć więcej czasu, możliwości by odpowiednio to zbadać, zapamiętać, a teraz...?
Powinienem się pozbierać by nie być idiotą - pomyślałem, chcąc wstać i iść na swoje miejsce, ale wtedy pojawiła się w drzwiach Avelina z kawą. Wstałem, chcąc jej pomóc, ale zamarłem, kiedy na nią spojrzałem, na nią będącą w towarzystwie jakiegoś mężczyzny. Zamarłem dosłownie. Na przesadnie długą chwilę. Nawet nie byłem świadomy, że zaciskam w dłonie w pięści. Cholernie mi się nie podobało to, że się do niej uśmiechał i że w ogóle ją nagabywał.
Rozsunąłem powoli drzwi, tak by Avelina się nie przestraszyła. Byłem wyprostowany bardziej niż zwykle i surowy na twarzy bardziej niż zwykle. Bardziej niż zwykle byłem skłonny również zabijać spojrzeniem.
- Nie słyszysz, że ona nie chce z tobą iść!? - zapytałem chłodno, nawet na nią nie patrząc. Jedynie przesunąłem się lekko w bok by mogła przemknąć do naszego przedziału. Spojrzenia nie spuszczałem z młodego mężczyzny, który raczej nie chciał problemów... A może? Mogłem mu narobić ich wystarczająco, biorąc również poprawkę na jego potomków, coby ich też nie ominęła jakaś paskudna klątwa. A o pobitej mordzie też nie zapomnę. Tak dla zasady. Już nawet mnie świerzbiła dłoń by ją zacisnąć w pięść.
- Avelino... - odezwałem się do niej nad wyraz łagodnie, chcąc ją ocknąć, pospieszyć. Miałem ochotę powiedzieć kolesiowi jeszcze kilka rzeczy, aczkolwiek cisza niekiedy znaczyła więcej aniżeli słowo, poza tym nie zamierzałem z nim rozmawiać. Jeszcze czego!