— Jak panienka zgadła?
Był zaskoczony tym, że rozpoznała jego upodobania do zaułków. Jego umysł znów nie połączył dwóch banalnych faktów. Poruszał się takimi miejscami, by ludzie nie dostrzegali jego podejrzanej aparycji. Dziewczyna dostrzegła jego podejrzaną aparycję, dlatego stwierdziła, że lubuje się w poruszaniu takimi miejscami. Mózg Marqueza to jednak dziwna maszyna.
Ururu nigdy nie myślał o tym, żeby na kogoś napaść i go okraść. Jakże bezużyteczne to było. O wiele łatwiej jest zarobić uczciwą pracą, niż później martwić się o zacieranie śladów, ucieczkę przed policją, a potem jeszcze trzeba wydać ogrom pieniędzy na prawników. Gdzie tu sens? To zdecydowanie nie trzymało się logiki Marqueza. A może jeszcze napaść na kobietę na tle seksualnym? Takie coś w ogóle nie mieściło się w granicach istoty Ururu i samo myślenie o tym wywołałoby tylko śmiech u wszystkich, którzy go trochę znają.
— Oh, czyli zatrucie... Jak się panience teraz oddycha? Czy może wezwać medyka? — zaproponował troskliwie. Zdecydowanie nie chciałby mieć na sumieniu zaniechania pomocy, szczególnie, że nie narażałby tutaj niczego.
Ostrożnie powąchał okolicę, po czym wziął kilka coraz głębszych wdechów.
— Hm... Racja, zdecydowanie nie pachnie tu przyjemnie. Pewnie czasem składowane są tu śmieci... A może szczury? To raczej nie pachnie jak mocz, więc ta opcja odpada... Cóż, w takich miejscach różne rzeczy można znaleźć. Jeśli panienka czuje się wystarczająco dobrze, mogę odprowadzić do ulicy. Tam na pewno będzie bezpieczniej i ewentualnie pomoże panience inny przechodzień.
Oto dzień, kiedy Ururu Marquez ratuje niewiasty w potrzebie.