– A kto mówił o tym, żeby to oświadczać wszem i wobec? Jak się chce uciec to po cichu, a nie rzucając swoje plany wszystkim dookoła – mruknęła pod nosem. Victoria cały czas czekała na dobry moment, żeby go wyrwać z domu i uważała, że najprościej byłoby to zrobić po ślubie, nawet bardziej oficjalnie. Ale jeśli wcześniej to tylko po cichu. Spakować go niepostrzeżenie i po prostu… Zabrać. Nawet do pierdolonego Londynu. Kto by go tam szukał od razu? Nikt. A to dałoby czas na inne rzeczy jak… Na przykład zmienienie tożsamości. Victoria znała Potterów. Mogłaby im zapłacić za to, żeby go trochę… przerobili.
Nie szukała w tym usprawiedliwienia ani rozgrzeszenia. Po prostu… Każdemu należała się szansa na lepsze życie, nie? Widziała czym się zajmuje i para już dawno temu i to… przełknęła. Bo co miała innego zrobić? I przede wszystkim poznała go trochę. Po prostu go polubiła. Przywiązała się… Może nawet więcej.
– Sauriel. Nie oceniam cię. Nie wiem co to znaczy, że jest gorzej, zresztą… – przerwała i westchnęła. Co miało być gorzej od „jestem Śmierciożercą”? Chyba nic, bo z tym szedł cały pakiet innych rzeczy. Tak, czarna magia przeżerała duszę… I jego też pożerała. Tylko chyba jeszcze nie tak do końca. Ciągle się wahał… Więc co. Miała patrzeć i pozwolić na to jak spada na dno dna? Nie wyciągnąć do niego ręki? – Jest gorzej. Ale jeszcze nie najgorzej, nie? Widzę to przecież. Czuję. Wierz mi… To co mi babcia zgotowała… Jeszcze tam nie jesteś – a była pewna, że nie jest bo widziała go. Widziała jego wzrok. Widziała jego zachowanie. I słyszała co do niej mówi. Ciągle się hamował. Ciągle… gdzieś tam było jeszcze odrobinę miejsca na światło. Ale walka o duszę to nigdy nie była prosta walka. A toczona w pojedynkę praktycznie prosiła się o przegraną. Więc miała go zostawić samemu sobie by stoczył się na samo dno?
Była dzielna. Była cholernie dzielna. Siedziała w gnieździe żmij i wychowywana była również przez żmiję. Oklumencji nie nauczyła się przecież do CV, a dlatego, że czuła na to potrzebę. Była bardzo, bardzo dzielna. Tylko, że wypadki ostatniego półtora miesiąca ją zaczynały zwyczajnie przygniatać.
– Tak, nie to – przyznała cicho, chyba nawet jeszcze ciszej niż to, co mówiła mu przed chwilą. Sauriel wypuścił dym przez usta, a Victoria niedbałym ruchem wytarła swój policzek. Czuła się żałośnie. Czarownice nie płakały. – Przecież walczę od półtorej miesiąca. Myślisz, że dlaczego nie chowam się przed dziennikarzami? Sława nie uderzyła mi do głowy. Robię to właśnie po to – więc co mu miała obiecać? I czemu w ogóle miała mu to obiecywać? Chciał żeby go puściła, ale ona go wcale nie trzymała. Czy raczej to on się trzymał i czekał, aż go wyrzuci, żeby z… czystym sumieniem mógł zrobić coś absolutnie głupiego?