25.09.2023, 01:57 ✶
Dolohov uśmiechnął się dziwacznie słysząc delikatny i naiwny komentarz swojej córki.
- Nie chciałem tak zabrzmieć - zaczął się tłumaczyć, bo kompletnie nie o to mu chodziło - bardziej sugerowałem, że mogłabyś poznać. To znaczy... - bo chyba zabrzmiał trochę szorstko - zarówno ja jak i Annaleigh mamy spore rodziny, mógłbym cię, gdybyś oczywiście chciała, zapoznać z twoimi kuzynami. - To już było to pokolenie, które nie rozmawiało z nim szczególnie swobodnie, nie odwiedzało „Praw Czasu”, a tym bardziej naukowych konferencji. Nie utrzymywał z dzieciakami stałego kontaktu, bo był już z niego stary piernik. Sprawiało to niestety, że i Lyssa nie miała większego kontaktu z nikim innym, niż on, Peregrin i masa równie starych kolegów i klientów, z którymi Vakel utrzymywał kontakty od lat. Już jakiś czas temu wygarnął sam sobie w myślach, że Lyssa zachowywała się tak nie z powodu żywienia do niego jawnej niechęci, tylko po prostu z nudów. Chciał jej w jakiś sposób pomóc, ale jak? Po pierwsze jak się wychowywało dzieci, a po drugie jak się dzieci uczyło zdobywania koneksji i ekstrawertyzmu?
Wyłapał spojrzenie Laurenca, więc skinął mu głową. To samo uczynił z drugim Lestrangem posyłającym mu porozumiewawcze spojrzenia na odległość. Serdecznego uśmiechu, za jakim uwielbiał się ukrywać, nie stracił nawet wtedy, kiedy owy Lestrange zbliżył się do jego córki. Czy wysłał mu kilka dni temu w liście groźby karalne? Owszem. Czy tego żałował? Ani trochę. Ale bardzo dobrze grał kogoś, kto się na widok Louvaina cieszył.
- Louvain - zawtórował mu tonem, jakim się wita po powrocie bliskiego przyjaciela, wyraźne akcentując o i a. - Spodziewasz się, że Nott przeciągnie tobą po parkiecie tak mocno, że będzie trzeba go wycierać? Żartuję oczywiście. - Zaśmiałby się zapewne gdyby wiedział, jak bardzo go te listy uraziły. Osoby jego pokroju napełniały go tęsknotą za dawnymi wrogami uprzykrzającymi mu życie w początkach kariery. Byli do bólu irytujący, ale można się z nimi było ciekawe pokłócić, a te kłótnie traktował jako coś, co niezwykle napędzało intelektualnie. Słownych potyczek nie lubili tylko ci będący w nich bardzo kiepscy, odważyłby się nawet powiedzieć, że ludzie słabi. I była to opinia największego tchórza po tej stronie Tamizy. Teraz, w tych czasach? Wszysycy byli zbyt dumni, zbyt głupi, albo się go zwyczajnie bali. Trzecia grupa brała go najczęściej na przeczekanie. Wiedzieli już, że Dolohov osiągnął już niemal wszystko co mógł i zaraz starość odbierze mu zmysły, przestanie rozumieć własne teorie, a oni będą go zapraszać na przyjęcia już tylko z grzeczności, czując się lepszymi w każdym calu. Wiedział to, bo tak samo czuł się patrząc na swoich poprzedników.
No, wszyscy oprócz Loretty, może paru innych osób. Więc niech ją obroni, nawet jeżeli znając ją tak dobrze jak znał ją Dolohov, ciężko było wierzyć w jej czyste intencje.
- Powodzenia, gwiazdy są po twojej stronie - powiedział mu krótko, klepiąc go po ramieniu kiedy odchodził.
Zaraz bezczelnie zasugeruje córce wydmuchanie się w tę chustkę i rzucenie jej Nottowi w twarz, gdyby jednak Louvainowi poszło gorzej niż miał to zapisane w gwiazdach, tylko niech ich nikt nie słyszy...
- Nie chciałem tak zabrzmieć - zaczął się tłumaczyć, bo kompletnie nie o to mu chodziło - bardziej sugerowałem, że mogłabyś poznać. To znaczy... - bo chyba zabrzmiał trochę szorstko - zarówno ja jak i Annaleigh mamy spore rodziny, mógłbym cię, gdybyś oczywiście chciała, zapoznać z twoimi kuzynami. - To już było to pokolenie, które nie rozmawiało z nim szczególnie swobodnie, nie odwiedzało „Praw Czasu”, a tym bardziej naukowych konferencji. Nie utrzymywał z dzieciakami stałego kontaktu, bo był już z niego stary piernik. Sprawiało to niestety, że i Lyssa nie miała większego kontaktu z nikim innym, niż on, Peregrin i masa równie starych kolegów i klientów, z którymi Vakel utrzymywał kontakty od lat. Już jakiś czas temu wygarnął sam sobie w myślach, że Lyssa zachowywała się tak nie z powodu żywienia do niego jawnej niechęci, tylko po prostu z nudów. Chciał jej w jakiś sposób pomóc, ale jak? Po pierwsze jak się wychowywało dzieci, a po drugie jak się dzieci uczyło zdobywania koneksji i ekstrawertyzmu?
Wyłapał spojrzenie Laurenca, więc skinął mu głową. To samo uczynił z drugim Lestrangem posyłającym mu porozumiewawcze spojrzenia na odległość. Serdecznego uśmiechu, za jakim uwielbiał się ukrywać, nie stracił nawet wtedy, kiedy owy Lestrange zbliżył się do jego córki. Czy wysłał mu kilka dni temu w liście groźby karalne? Owszem. Czy tego żałował? Ani trochę. Ale bardzo dobrze grał kogoś, kto się na widok Louvaina cieszył.
- Louvain - zawtórował mu tonem, jakim się wita po powrocie bliskiego przyjaciela, wyraźne akcentując o i a. - Spodziewasz się, że Nott przeciągnie tobą po parkiecie tak mocno, że będzie trzeba go wycierać? Żartuję oczywiście. - Zaśmiałby się zapewne gdyby wiedział, jak bardzo go te listy uraziły. Osoby jego pokroju napełniały go tęsknotą za dawnymi wrogami uprzykrzającymi mu życie w początkach kariery. Byli do bólu irytujący, ale można się z nimi było ciekawe pokłócić, a te kłótnie traktował jako coś, co niezwykle napędzało intelektualnie. Słownych potyczek nie lubili tylko ci będący w nich bardzo kiepscy, odważyłby się nawet powiedzieć, że ludzie słabi. I była to opinia największego tchórza po tej stronie Tamizy. Teraz, w tych czasach? Wszysycy byli zbyt dumni, zbyt głupi, albo się go zwyczajnie bali. Trzecia grupa brała go najczęściej na przeczekanie. Wiedzieli już, że Dolohov osiągnął już niemal wszystko co mógł i zaraz starość odbierze mu zmysły, przestanie rozumieć własne teorie, a oni będą go zapraszać na przyjęcia już tylko z grzeczności, czując się lepszymi w każdym calu. Wiedział to, bo tak samo czuł się patrząc na swoich poprzedników.
No, wszyscy oprócz Loretty, może paru innych osób. Więc niech ją obroni, nawet jeżeli znając ją tak dobrze jak znał ją Dolohov, ciężko było wierzyć w jej czyste intencje.
- Powodzenia, gwiazdy są po twojej stronie - powiedział mu krótko, klepiąc go po ramieniu kiedy odchodził.
Zaraz bezczelnie zasugeruje córce wydmuchanie się w tę chustkę i rzucenie jej Nottowi w twarz, gdyby jednak Louvainowi poszło gorzej niż miał to zapisane w gwiazdach, tylko niech ich nikt nie słyszy...
with all due respect, which is none