Dellian parsknął śmiechem na jego milczenie, gdyby mógł chełpiłby się jego zaskoczoną miną, gdyby mógł byłby teraz najbardziej pewnym siebie facetem w tym pomieszczeniu, ponieważ mógłby patrzeć na to jak dobrze pocisnął swojemu przyjacielowi. Tak, on był bardzo optymistyczny, Dellian również starał się być radosny, ale czasami miał jeszcze w głowie resztki rozsądku. Sam nei mógł się doczekać, aż wcisną tutaj jakieś kanapy z odzysku, stare regały, których zapewne ktoś się pozbył i sprzedał za grosze ogłaszając się w gazetach. Miał nawet zadanie dla Bella, aby przeglądał ogłoszenia w poszukiwaniu takich rzeczy. Zrobią tu kompletny miszmasz i ogrom roślinek, bo dom musiał mieć rośliny nie ważne, że Dellian je zwykle uśmiercał.
Zaczął z nim pląsać po domu ufając jego kierownictwu i temu, że go nie puści, że nie przywali w nic nogą, ani plecami. Taniec wyzwolił w nim śmiech radości i nawet takiego spokoju w głowie.
– Kiedykolwiek w to wątpiłeś? – zapytał z zadziornym uśmiechem puszczając się już od niego i ogarniając się lekko, bo teraz Leo będzie musiał załatwić formalności, aby nikt Delliana nie oszukał. Gdy jego przyjaciel zaczął opowiadać o ich życiu Ollivander nie mógł przestać się uśmiechać. Tak, miało być cudownie. Nie miał być sam, miał mieć spokój i szczęście, mieli mieć szalone imprezy i multum gości na chacie.
– Może jak już ogarniemy chatę zrobimy parapetówkę dla przyjaciół? – zagadnął go z zawadiackim uśmiechem.