Kolejne składniki się jej skończyły, wiedziała, że nie mogła za bardzo wyciągać ich od profesorów, bo zaczną zadawać pytania, a ona nie mogła już dłużej kłamać, że nad czymś pracuje, że coś sprawdza, że jest jej to potrzebne do czegoś tam z tamtego czegoś. Zaczynało brakować jej słów, kłamstwa grzęzły jej w krtani. Avelina nigdy nie była perfekcyjną kłamczuchą – potrafiła zachować surowy, zagadkowy wyraz twarzy, ale nie była złą osobą. Nie była w stanie wiecznie kłamać, opowiadać kłamstw. Od tego był Rookwood, który sobie świetnie radził w kłamaniu, że tylko rywalizują, że nienawidzi jej ze względu na jej pochodzenie. Wiedziała doskonale, że był jak burzowe chmury tuż przed wybuchem, gdy jego koledzy wtórowali mu w dokuczaniu Paxton, że kipiał złością, gdy ona chichotała z Danielle zerkając na niego. Wiedziała, że chciał wiedzieć wszystko, że chciał uczestniczyć w jej osiągnięciach, ale ona go nie dopuszczała, unikała. W ostatnim czasie nawet nie wymykała się, aby do niego dołączyć podczas jego dyżurów. Nie mogła się z nim przyjaźnić miała na głowie warzenie dla niego eliksirów, zdobywanie przeklętych składników i naukę animagii, a termin zaczynał zbliżać się nieubłaganie. Już niedługo Rookwood opuści szkołę, zostawi ją tu samą, porzuci, a ich docinki będą tylko blaknącym wspomnieniem i skaza na sercu. Ogromem niewypowiedzianych słów, obrazem, którzy przedstawiałby mimozę, pozory utkane z tajemnic i strachu.
Czuła jak zmęczenie ją dopada, gdy siedziała przed dogorywającym kominkiem w pokoju wspólnym. Musiała dzisiaj przetrwać i nie zasnąć. Ostatnio kilka razy nie udało jej się wytrwać do momentu zniknięcia ostatniej osoby w pokoju wspólnym. Dziś się w końcu udało, więc przemknęła się korytarzami, unikając tych, gdzie powinni być prefekci domów, a potem schodami szybciutko w dół, nawet nie zapalała różdżki, aby nie budzić obrazów, biegła na ślepo niczym kot dachowiec przemykający pomiędzy krzakami polujący na mysz. Ona polowała na miejsca wolne od duchów, obrazów i prefektów, a także nauczycieli dyżurujących, aby nikt jej nie złapał, aby nie dostała szlabanu. Nigdy nie chciała być nicponiem, który pakuje się w kłopoty, a jeśli tak będzie to Rookwood w końcu dostanie kontakt z nią – okrzyczy go jak matka zakonna nieposłusznego ucznia. W końcu zaczęła buszować wśród składników, które ją interesowały, w odpowiedni sposób przycinała liście i wrzucała do swojej torby. Oprócz tego chciała jeszcze przeczesać szafki profesora od zielarstwa w poszukiwaniu kilku nasion. Wtedy też usłyszała nieprzyjemny głos, więc włos zjeżył się jej na głowie i wyprostowała się jak struna z sercem bijącym jej niczym dzwon kościelnych zegarów. Jej oczom ukazała się mała zmora z trzeciej klasy. Avelina zmarszczyła brwi i prychnęła pod nosem.
– Pokaż dowód – fuknęła i wróciła do ścinania ostrożnie liści kwiatów, których potrzebowała do uwarzenia eliksirów dla Augustusa. Pieprzony Rookwood.