25.09.2023, 20:42 ✶
- On ma rację, będzie lepiej, jak zostaniemy we trójkę. - zgodził się z Prewettem, kierując w stronę Borgina starszego spojrzenie — dość uparte i stanowcze, chociaż wciąż odrobinę dziecięce. Trochę wprawy i istniała szansa na dogonienie dziadka! Chciał zabrzmieć tak, jakby jego ton nie zniósł żadnego sprzeciwu, bez drżenia, bo Laurent zdawał się wciąż zachwiany. Anthony był dość temperamentny z charakteru, bywał impulsywny, ale w chwilach takich, jak te — gdy wiedział, że musi być uważny i myśleć, zanim zrobi, przypominał sobie ojca. Sprowadzał go do pionu w kilka sekund, a dreszcz roznosił się po bliznach tkwiących na plecach. - Przecież nie możemy zostawić tak Ger, Brenny i Atreusa. Musimy iść dalej. - ściągnął brwi, wzruszając delikatnie ramionami. Jak mógłby kuzynkę i dwójkę tych bezmyślnych idiotów zostawić na pastwę statku widmo?
- Masowe samobójstwo łączy Panowie. I odczep się od tej Brenny, nikt jej nie zabije Stanley!
Spojrzał na niego z wyrzutem. Wiedział, że razem mieli większe szanse, mogąc uzupełniać się w swoich talentach oraz słabościach. Cokolwiek Laurent mamrotał, cokolwiek słyszał — była to ich jedyna wskazówka. Znali się od tylu lat, że nie mógł tego zignorować, uznając za linkę, której powinni się trzymać. Już nawet nie chodziło o bycie bohaterem, a po prostu uratowanie własnego tyłka i tych kilku osób, które go tu obchodziły. Braci, blizn miał ze sobą, zostało troje. Westchnął, zastanawiając się chwilę nad sięgnięciem po kolejnego papierosa, ale nie było na to czasu.
- Nie jesteś sam, nie bój się, będę Twoim rycerzem, zważywszy na wyjątkowe okoliczności. Stasiek też, nie? Wykorzystuj nas i mów, co robić, jak coś Ci będą szeptać. Tylko się nie przyzwyczajał!
Posłał kuzynowi uroczy uśmiech, chcąc chyba odrobinę rozładować napięcie, a Prewettowi nieco pogroził palcem.
Wszystko było znośne, dopóki nie dotarli do pierdolonego Atrium, a na widok Atreusa, Brenny i tej trzeciej, Anthony nieco pobladł i zachwiał się na nogach, wbijając spojrzenie w Longbottomówne i co chwilę przenosząc je na przyjaciela. Mają za swoje, co za idioci! Serce zabiło mu szybciej. Widok nieprzytomnej brygadzistki sprawił, że żołądek zacisnął mu się nieprzyjemnie i teraz to nawet ojciec nie mógł tu pomóc, nawet wiadomo zielonkawej, niedoszłej teściowej i wyrywającego się dziecka. Już chciał ruszyć biegiem do tej lekkomyślnej, ślepej, niewdzięcznej, uprzedzonej wariatki, gdy poczuł ucisk na rękawie i odwrócił twarz w stronę tego, co go powstrzymało. Ze wkurwieniem i niezadowoleniem na twarzy, bo przecież już układał w głowie, jak weźmie na ręce Brenne, a Atreusa na plecy, jak worek kartofli.
I aż otworzył usta ze zdziwienia. Miał ich tu zostawić, żeby statek ich zeżarł? Niby jak? Ściągnął brwi, pokręcił głową, poczuł kolejną falę dreszczy i jakiegoś wewnętrznego żaru na całą tę eskapadę. I na Brenne, bo oczywiście musiała się wyrwać, jakby ją parzyło. Dzieciakiem Tosiek się zupełnie nie przejmował. Milczał chwilę, słuchając kuzyna, zupełnie mu się nie podobało, co mówił.
- To zły pomysł. Ty jesteś lepszy w bojowe zaklęcia, obrobisz Laurenta później. Jak Ty tu zostaniesz, a ja z nim pójdę, to może nam się nie udać. I wtedy wszyscy zginiemy. Lepiej będzie, jeśli to ja ewentualnie zajmę teściową i kupię wam czas, a potem pięknie spierdolę, niż gdy Ty tu zostaniesz. Nie wiemy, co jest dalej i co pilnuje jego szeptów. -skrzyżował ręce na piersiach, wbijając w niego spojrzenie. Wiedział, że ma rację. I był też szczęściarzem, a do tego nie zamierzał ot tak zostawić Atreusa i Brenny- to znaczy, chwilowo zamierzał, ale nie mógłby nic zrobić, wiedząc, że jeszcze Stanley mógłby tu tkwić, pogrążony w Morskich majakach. - Powiedziałeś, że jestem dziedzicem. Więc to moje pierwsze polecenie — skup się na bezpieczeństwie Prewetta i pomóż mu, żeby przerwać ten cyrk. - dodał jeszcze, równie cicho, co poprzednio i z szarmanckim uśmiechem, chociaż jego spojrzenie co jakiś czas wędrowało w stronę Atreusa i Longbottomówny. Wyjął różdżkę, bez słowa przechodząc na tył ich wężyka. Laurent był zbyt roztrzęsiony na poprawne rzucenie zaklęcia, ale miał dobry pomysł, więc i on spróbował, rzucić zaklęcie kameleona, gotowy też do ewentualnej obrony. Jeśli będzie trzeba, zamierzał tu zostać.
- Masowe samobójstwo łączy Panowie. I odczep się od tej Brenny, nikt jej nie zabije Stanley!
Spojrzał na niego z wyrzutem. Wiedział, że razem mieli większe szanse, mogąc uzupełniać się w swoich talentach oraz słabościach. Cokolwiek Laurent mamrotał, cokolwiek słyszał — była to ich jedyna wskazówka. Znali się od tylu lat, że nie mógł tego zignorować, uznając za linkę, której powinni się trzymać. Już nawet nie chodziło o bycie bohaterem, a po prostu uratowanie własnego tyłka i tych kilku osób, które go tu obchodziły. Braci, blizn miał ze sobą, zostało troje. Westchnął, zastanawiając się chwilę nad sięgnięciem po kolejnego papierosa, ale nie było na to czasu.
- Nie jesteś sam, nie bój się, będę Twoim rycerzem, zważywszy na wyjątkowe okoliczności. Stasiek też, nie? Wykorzystuj nas i mów, co robić, jak coś Ci będą szeptać. Tylko się nie przyzwyczajał!
Posłał kuzynowi uroczy uśmiech, chcąc chyba odrobinę rozładować napięcie, a Prewettowi nieco pogroził palcem.
Wszystko było znośne, dopóki nie dotarli do pierdolonego Atrium, a na widok Atreusa, Brenny i tej trzeciej, Anthony nieco pobladł i zachwiał się na nogach, wbijając spojrzenie w Longbottomówne i co chwilę przenosząc je na przyjaciela. Mają za swoje, co za idioci! Serce zabiło mu szybciej. Widok nieprzytomnej brygadzistki sprawił, że żołądek zacisnął mu się nieprzyjemnie i teraz to nawet ojciec nie mógł tu pomóc, nawet wiadomo zielonkawej, niedoszłej teściowej i wyrywającego się dziecka. Już chciał ruszyć biegiem do tej lekkomyślnej, ślepej, niewdzięcznej, uprzedzonej wariatki, gdy poczuł ucisk na rękawie i odwrócił twarz w stronę tego, co go powstrzymało. Ze wkurwieniem i niezadowoleniem na twarzy, bo przecież już układał w głowie, jak weźmie na ręce Brenne, a Atreusa na plecy, jak worek kartofli.
I aż otworzył usta ze zdziwienia. Miał ich tu zostawić, żeby statek ich zeżarł? Niby jak? Ściągnął brwi, pokręcił głową, poczuł kolejną falę dreszczy i jakiegoś wewnętrznego żaru na całą tę eskapadę. I na Brenne, bo oczywiście musiała się wyrwać, jakby ją parzyło. Dzieciakiem Tosiek się zupełnie nie przejmował. Milczał chwilę, słuchając kuzyna, zupełnie mu się nie podobało, co mówił.
- To zły pomysł. Ty jesteś lepszy w bojowe zaklęcia, obrobisz Laurenta później. Jak Ty tu zostaniesz, a ja z nim pójdę, to może nam się nie udać. I wtedy wszyscy zginiemy. Lepiej będzie, jeśli to ja ewentualnie zajmę teściową i kupię wam czas, a potem pięknie spierdolę, niż gdy Ty tu zostaniesz. Nie wiemy, co jest dalej i co pilnuje jego szeptów. -skrzyżował ręce na piersiach, wbijając w niego spojrzenie. Wiedział, że ma rację. I był też szczęściarzem, a do tego nie zamierzał ot tak zostawić Atreusa i Brenny- to znaczy, chwilowo zamierzał, ale nie mógłby nic zrobić, wiedząc, że jeszcze Stanley mógłby tu tkwić, pogrążony w Morskich majakach. - Powiedziałeś, że jestem dziedzicem. Więc to moje pierwsze polecenie — skup się na bezpieczeństwie Prewetta i pomóż mu, żeby przerwać ten cyrk. - dodał jeszcze, równie cicho, co poprzednio i z szarmanckim uśmiechem, chociaż jego spojrzenie co jakiś czas wędrowało w stronę Atreusa i Longbottomówny. Wyjął różdżkę, bez słowa przechodząc na tył ich wężyka. Laurent był zbyt roztrzęsiony na poprawne rzucenie zaklęcia, ale miał dobry pomysł, więc i on spróbował, rzucić zaklęcie kameleona, gotowy też do ewentualnej obrony. Jeśli będzie trzeba, zamierzał tu zostać.
Rzut N 1d100 - 94
Sukces!
Na kameleona Sukces!
Rzut Z 1d100 - 33
Akcja nieudana
na ewentualną obronęAkcja nieudana