Dopiero, kiedy stanęła tuż obok Camerona dostrzegła, że przyszedł tutaj ubrany w swój kitel medyczny. Spoglądała na niego przez chwilę bardzo uważnie, mierzyła wzrokiem. Na pewno to poczuł. Nie zdążył się przebrać. Miała delikatne wyrzuty sumienia, że tak się tutaj spieszył, że nie zdążył tego zrobić. Powinna była zapytać, czy godzina na pewno jest odpowiednia, a nie jak zawsze pisać, że widzą się o tej i o tej.
- Ty to jesteś! - Nie dało się ukryć, że sprawił jej tym ogromną przyjemność. Schował się przed tą jędzą Florence, żeby się z nią spotkać. - Masz szczęście, że cię nie znalazła, pewnie by się na tobie za to wyżywała przez najbliższy rok. - Słyszała opowieści o jego szefowej i wyobrażała ją sobie jako krwiożerczą bestię, której największą pasją było wyżywanie się na biednych stażystach.
Cieszyła się, że Cameron również ma dobry humor. Sprawiało jej przyjemność to, że widziała go takiego uśmiechniętego. Zapowiadał się całkiem przyjemny wieczór. Może robiło się nieco zimno, jednak nie uważała, że mogłoby im to przeszkodzyć w spacerze. Trochę się poruszają i powinno im się zrobić cieplej. Heather przerzuciła sobie miotłę na plecy, miała tam specjalny pas, który stworzył dla niej ojciec. Była gotowa, aby wyruszyć przed siebie w siną dal, ku zachodzącemu słońcu.
- Nie mam nic konkretnego do roboty, chciałam cię zabrać na spacer w ładne miejsce, tak po prostu. - Nie zamierzała mu powiedzieć, że trochę się bała tego, co siedzi w Kniei, że wzbudzało w niej niezbyt przyjemne wspomniania, bo nie o to chodziło. Chciała poczuć się jak dawniej, kiedy wszyscy byli szczęśliwi, zależało jej też na tym, żeby Dolina nadal kojarzyła jej się z czymś bezpiecznym.
- Nie, do Kniei mamy trochę drogi. Ponoć nie można tam wchodzić. Jakieś dziwne istoty zamieszkały tam po Beltane. - Dodała jakby nigdy nic. Nie zamierzała łamać zasad, nie z Cameronem u boku. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby przez nią stała mu się krzywda.