Humor stawał się nieco lepszy wraz z tym, jak sytuacja w pracy i na ulicach miasta zaczynała się stabilizować. Cameron niezmiernie cieszył się z tego, że najgorszy etap powrotu do rzeczywistości po wydarzeniach na Polanie Ognisk zdawał się już za nimi.
— Chyba już nie jestem pierwszą osobą do odstrzału na jej liście. Przynajmniej tymczasowo — rzucił niespodziewanie, sam poniekąd zaskoczony, że doszedł do takich, a nie innych wniosków. — Teraz to chyba Czarny Pan wylądował na jej celowniku. Albo wszyscy, którzy jakoś ingerują w poprawne działanie szpitala. Ale wiesz... To on jest teraz największym „łobuzem” na podwórku. Wprowadził sporo chaosu i namieszał w jej idealnym grafiku.
Uśmiechnął się niewinnie. Może jego stwierdzenie było nieco dziecinne, jednak po tych kilku miesiącach współpracy z Bulstrode uważał, że nieco już ją poznał. Zapewne nie od tej najmilszej strony, ale jednak. Poza tym odnosił wrażenie, że nagłe zmiany planów połączone z bezpardonowym wchodzeniem w czyjeś życie z brudnymi buciorami, nie były traktowane przez Florence z uśmiechem. Kto wie, może przygotuje w szpitalu jakąś reformę, co by personel sobie lepiej radził?
— Ładne... I w cholerę odosobnione? — Uniósł brew, obejmując Rudą w pasie. — Jeszcze powiedz, że schowałaś gdzieś tutaj koszyk wypełniony tostami i chłodzonym piwem kremowym, to ci się z miejsca oświadczę. — Zaczerwienił się, gdy zdał sobie sprawę, co właściwie powiedział. Przyspieszył nieco kroku. — T-to znaczy... P-padnę przed tobą na k-k-kolana i b-będę b-bardzo wdzięczny. Wiesz, c-co mam na myśli.
Nie potrafił zaprzeczyć przed samym sobą: myślał coraz więcej o tym, jak spędzić więcej czasu z Heather. Wszystko się zaczęło od tych przeklętych majowych pali. Chciał być blisko niej i zapewnić jej bezpieczeństwo, ale miał wrażenie, że jeśli nie zmienią czegokolwiek w swoim życiu, to nigdy nie będzie mógł dostarczyć jej wsparcia na czas. Jak na Beltane, kiedy dotarł do niej dopiero następnego ranka.
— C-Chociaż... M-może najpierw wspólne mieszkanie? — mruknął, drapiąc się po potylicy. — Wiesz, żeby nie w-wyszło, że się p-pozabijamy, jak spędzimy ze sobą więcej cz-czasu pod rząd? — Z jego gardła wydobyło się głośne parsknięcie śmiechem. Nie był pewny, czy potrafił rozmawiać o tym na poważnie. Nie, gdy sytuacja była tak skomplikowana. Nie, kiedy nawet Charlie zdawał się obecnie być poza zasięgiem, ukryty przed wzrokiem zwykłych ludzi w posiadłości Longbottomów. — Cecylia na pewno by się u-ucieszyła, że będzie kolejna kobieta w domu.
Cameron uciekał wzrokiem w bok, jednak zaraz znowu wracał do twarzy Heather. Z jednej strony obawiał się jej reakcji, z drugiej tak bardzo chciał się dowiedzieć, czy i ona przeżywała ostatnio podobne rozterki. Po tak tragicznych wydarzeniach, jak sabat na Beltane, ciężko było nie patrzeć na swoje życie z innej perspektywy. Zwłaszcza teraz – kilka tygodni później – gdy kurz po potyczce sił Ministerstwa ze Śmierciożercami opadł i można było faktycznie spojrzeć na całą sprawę trzeźwo.
!pęknięcia