27.09.2023, 02:51 ✶
- A ty chcesz? - zapytała ojca, spoglądając na niego zza oprawek ciemnych okularów, które wciąż miała na nosie. To wcale nie tak, że jej zależało, ale Dolohov wyglądał trochę, jakby chciał bawić się w znajdowanie jej towarzystwa, a kimże ona była, by stawać mu na drodze? Równie dobrze mógł ją wysłać na obiad do jakiejś ciotki i powiedzieć 'baw się', a ona nawet nie mrugnęłaby okiem.
Lyssa uśmiechnęła się wesoło, kiedy pojawił się przy nich Louvain, mimowolnie wygładzając sukienkę, którą na sobie miała, ale w sumie nawet nie musiała tego robić, bo ta leżała na niej perfekcyjnie. Był to jednak odruch, który zawsze wykonywała, kiedy chciała się komuś podobać. Kiedy pierwszy raz go poznała, pamiętała że przyjęła to z ogromną dozą zawodu, głównie ten aspekt, że był jakąś tam rodziną. Może nie bezpośrednio spokrewnioną, ale wciąż traktowaną jako takowa. A szkoda, bo był nieziemsko przystojny. Był również starszy, ale na tym etapie każdy kto się Lyssie podobał, a był młodszy od Alastora, świadczył o niej lepiej.
- Ja również bardzo się cieszę, że cię widzę, wujku - powiedziała z niewinnym wyrazem twarzy, spoglądając na Louvaina psotnie. - Przepraszam, mam wrażenie, że papa niezbyt przepada za faktem, że mogłabym cię tak nazywać i zwyczajnie nie mogłam się powstrzymać - rzuciła do niego półszeptem, jakby Vakel wcale nie stał obok nich i wszystkiego doskonale nie słyszał.
Na to akurat już za późno, pomyślała tylko Lyssa, sięgając po podarowaną jej chusteczkę i przez moment przyglądając się jej z grzecznym uśmiechem. Miała się w nią wysmarkać czy może ocierać nią płochliwie łzy...? Przez moment wyraźnie nie wiedziała czego właściwie się od niej oczekuje, a potem natomiast nie była pewna, czy to tak na poważnie. Cały czas jednak jej wyraz twarzy pozostawał ten sam, miły i spokojny. W końcu jednak przytuliła szmatę do serca, jak najlepszy prezent, jaki został jej kiedykolwiek złożony na ręce, kiwając tylko głową i mając nadzieję, że ten gest wystarczy, żeby nie musiała się teraz gimnastykować i jeszcze bardziej kryć zwątpienia.
- Powodzenia! - powiedziała na sam koniec wesoło, czekając przez moment aż Louvain odejdzie by nachylić się nieco do ojca i przysłonić dłonią usta. - On tak na poważnie? Ja mam naprawdę to rzucić na parkiet? - zapytała, spoglądając na Vakela jakby wyraźnie była zagubiona w tym momencie. - Kiedy ostatni raz sprawdzałam, średniowiecze skończyło się jakieś sześćset lat temu - jakby to był jakikolwiek argument. Ale może Anglicy faktycznie byli jacyś obskurni i zacofani.
Kiedy dołączył do nich Laurent, uśmiechnęła się do niego grzecznie, przez moment zezując na ojca, kiedy im się przedstawił.
- Lyssa Mulciber - kiwnęła mu krótko głową, to czy jej też było miło, zostawiając sobie do późniejszej oceny. Prewett wyraźnie chciał podjąć jakąś rozmowę, ale że siedział obok Vakela, Lyssa zostawiła odpowiadanie na pytania właśnie jemu.
- I ciebie też - uśmiechnęła się do Eden, nawet faktycznie zadowolona z jej obecności. - Ależ oczywiście, że nie. Im więcej, tym weselej. Przynajmniej na ogół. - złożyła chusteczkę ładnie, na cztery, tak żeby była niemalże idealnie wyrównana. - Jesteś pewna, że nie będzie walczył? - zapytała, posyłając Eden psotny uśmiech.
Lyssa uśmiechnęła się wesoło, kiedy pojawił się przy nich Louvain, mimowolnie wygładzając sukienkę, którą na sobie miała, ale w sumie nawet nie musiała tego robić, bo ta leżała na niej perfekcyjnie. Był to jednak odruch, który zawsze wykonywała, kiedy chciała się komuś podobać. Kiedy pierwszy raz go poznała, pamiętała że przyjęła to z ogromną dozą zawodu, głównie ten aspekt, że był jakąś tam rodziną. Może nie bezpośrednio spokrewnioną, ale wciąż traktowaną jako takowa. A szkoda, bo był nieziemsko przystojny. Był również starszy, ale na tym etapie każdy kto się Lyssie podobał, a był młodszy od Alastora, świadczył o niej lepiej.
- Ja również bardzo się cieszę, że cię widzę, wujku - powiedziała z niewinnym wyrazem twarzy, spoglądając na Louvaina psotnie. - Przepraszam, mam wrażenie, że papa niezbyt przepada za faktem, że mogłabym cię tak nazywać i zwyczajnie nie mogłam się powstrzymać - rzuciła do niego półszeptem, jakby Vakel wcale nie stał obok nich i wszystkiego doskonale nie słyszał.
Na to akurat już za późno, pomyślała tylko Lyssa, sięgając po podarowaną jej chusteczkę i przez moment przyglądając się jej z grzecznym uśmiechem. Miała się w nią wysmarkać czy może ocierać nią płochliwie łzy...? Przez moment wyraźnie nie wiedziała czego właściwie się od niej oczekuje, a potem natomiast nie była pewna, czy to tak na poważnie. Cały czas jednak jej wyraz twarzy pozostawał ten sam, miły i spokojny. W końcu jednak przytuliła szmatę do serca, jak najlepszy prezent, jaki został jej kiedykolwiek złożony na ręce, kiwając tylko głową i mając nadzieję, że ten gest wystarczy, żeby nie musiała się teraz gimnastykować i jeszcze bardziej kryć zwątpienia.
- Powodzenia! - powiedziała na sam koniec wesoło, czekając przez moment aż Louvain odejdzie by nachylić się nieco do ojca i przysłonić dłonią usta. - On tak na poważnie? Ja mam naprawdę to rzucić na parkiet? - zapytała, spoglądając na Vakela jakby wyraźnie była zagubiona w tym momencie. - Kiedy ostatni raz sprawdzałam, średniowiecze skończyło się jakieś sześćset lat temu - jakby to był jakikolwiek argument. Ale może Anglicy faktycznie byli jacyś obskurni i zacofani.
Kiedy dołączył do nich Laurent, uśmiechnęła się do niego grzecznie, przez moment zezując na ojca, kiedy im się przedstawił.
- Lyssa Mulciber - kiwnęła mu krótko głową, to czy jej też było miło, zostawiając sobie do późniejszej oceny. Prewett wyraźnie chciał podjąć jakąś rozmowę, ale że siedział obok Vakela, Lyssa zostawiła odpowiadanie na pytania właśnie jemu.
- I ciebie też - uśmiechnęła się do Eden, nawet faktycznie zadowolona z jej obecności. - Ależ oczywiście, że nie. Im więcej, tym weselej. Przynajmniej na ogół. - złożyła chusteczkę ładnie, na cztery, tak żeby była niemalże idealnie wyrównana. - Jesteś pewna, że nie będzie walczył? - zapytała, posyłając Eden psotny uśmiech.
la douleur exquise
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.