Została wyciągnięta z łóżka w środku nocy. Postawiona do gotowości przez swoją skrzatkę, która oznajmiła jej, że Anna Rookwood czeka na dole w salonie i wręcz błagała o obudzenie Victorii. Z początku nie miała pojęcia o co chodzi, ale kiedy starsza kobieta wyjaśniła jej, że od kilku dni Sauriel zachowuje się nadzwyczaj dziwnie i nie przyszedł na umówione z Erykiem spotkanie, to zaczęli się niepokoić… czy nie wie co jest grane. To ciemnooką zmartwiło, bo miała bardzo złe przeczucie od kilku dni, po tej okropnej rozmowie, która była raczej oznajmieniem, a nie faktyczną rozmową "o nas" jak to miało być. Victoria nie rozumiała dlaczego Sauriel pokazał jej swoje przedramię, skoro i tak chciał to wszystko zakończyć… ale myślała o tym dużo. Bardzo dużo. Że nie zgadzały jej się rzeczy. Tak jakby Rookwood podejmował decyzje w biegu, a nie z rozmysłem. Tak jakby poddawał się emocjom w najmniej odpowiednim momencie. I to, jak do niej mówił. Że może "zabrać ze sobą" Isabellę… ze sobą. I żeby pozwoliła mu odejść. A przecież miał wolną wolę, przecież go nigdzie nie przykuła na siłę… tak. Niepokoiło ją to. Więc kiedy Anna w środku nocy powiedziała jej że Sauriel zachowuje się bardzo dziwnie i czy nie wie gdzie jest… co prawda wyjaśniła kobiecie, że nie rozmawiali ze sobą od kilku dni, że trochę się… trochę się pokłócili (chociaż nie było żadnych krzyków, były tylko łzy…), ale zaraz szybko się ubrała, żeby pomóc Annie go szukać. Przecież nie chciała dla niego źle. Chciała dla niego jak najlepiej. I widziała, że Anna również – chociaż z Saurielem nie dogadywała się wcale, głównie dlatego, że on nie potrafił swojej matce wybaczyć. Nie potrafił bardzo wielu osobom wybaczyć, bo doznał od nich okropnych krzywd… i dusił w swoim sercu bardzo wiele żalu, złości i nienawiści. Victoria nie mogła go o to winić. By dostrzec w swoim sercu światło… przy czymś takim potrzeba było trochę więcej niż kilku miesięcy.
Takim sposobem jeszcze przed świtem trafiła do rezydencji Rookwoodów, próbując się dowiedzieć gdzie go już szukali. Victoria miała kilka propozycji – wszystkie z nich okazały się równie nietrafione co te, które już sprawdzili, prócz jednej. Właściwie to przedostatniej – bo Lestrange przypomniała sobie o tym parku. O tym, co jej w nim powiedział, kiedy siedzieli na ławce i jeśli babeczki, które upiekła bo przegrała zakład.
Miało się okazać to miejscem trafionym.
Siedział tam. Na tej samej ławce co wtedy. Obok niego tylko papierosy i różdżka, opierał głowę na dłoniach i patrzył w przód. Piękny jak zawsze. Victoria poczuła ucisk w sercu, bo oto Sauriel wybrał Śmierć i czekał na pierwsze promienie słońca. Czekał na swój koniec. Ale Eryk zareagował bardzo szybko. Tylko zobaczył swojego syna, zrozumiał, że tym razem trafili w dobre miejsce – chyba w ostatniej chwili, i w ojcowskim odruchu zasłonił go drzewem. A Victoria? Victoria niewiele już w tym momencie myślała, albo raczej… myślała bardzo dużo i intensywnie, tak dużo, że wszystko jej się zaczęło zlewać. Ona sama teleportowała się obok ławki, znacznie bardziej precyzyjnie niż Eryk.
– S-sauriel – to nie był krzyk. Lewie ciche uświadomienie sobie, że to właśnie on. Była gotowa zasłonić Sauriela własnym ciałem przez tymi śmiercionośnymi dla niego promieniami, ale nie trzeba było. Zamiast tego, bo bardzo krótkim zawahaniu, zajęła miejsce na ławce. Nie zamierzała go karcić, mówić, że co on sobie w ogóle wyobraża. Rozumiała. Naprawdę rozumiała. Kiedy jest za dużo, kiedy nie potrafisz sobie już poradzić sam… – Przepraszam, nie upiekłam dzisiaj babeczek – to był szept. Serce mówi szeptem.