27.09.2023, 18:49 ✶
Ta część posta jest jeszcze tylko dla Lyssy.
- Zaproponowałem to właśnie - odpowiedział jej, mrużąc przy tym oczy, ale przecież i tak nie było tego widać zza zaciemnionych szkieł, które opadły mu na nos.
Rzeczy, które Lyssa przekazała Louvainowi, zniżając głos do konspiracyjnego szeptu, wywołały w nim potężną falę irytacji. Czy udało mu się ukryć to za maską permanentnego uśmiechu, jakim częstował publikę? Tak. Bo jak się zwykło kłamać całe życie i występować przed tłumami, to zduszenie czegoś takiego nie było wcale takie ciężkie, jak by się mogło wydawać, ale Dolohov należał do ludzi porywczych. Kierowany frustracją był w stanie zrobić absolutnie wszystko, co podpowiadała mu drzemiąca w głębi duszy agresja.
Nim odezwał się do córki, poczekał aż Lestrange odejdzie. Następnie chwycił ją pod ramię, bardzo przyjaźnie się do niej przysuwając i wciąż wyglądając pozytywnie, pochylił się nad jej uchem, jakby przekazywał dziewczynie smakowitą plotkę.
- Zachowaj ją na później, bo już czuję, jak mi się ulewają wymiociny, właśnie nazwałaś wujkiem brata tej... - tej kurwy, tej jędzy, tej szmaty, która zrobiła ze mnie kompletnego idiotę, a ty się tym w ogóle nie przejmujesz i w takim momentach marzę o tym, żeby ta arena była na tyle wysoka, żeby nikt kogo z niej zepchnę, nie miał szans przeżyć upadku z wysokości. - Jeśliś masz krzty rozumu, nie prowokuj mnie publicznie, bo może to być najboleśniejszą rzeczą, jakiej pożałujesz tak głęboko. Dbaj o moją reputację, jeżeli nie chcesz pójść ze mną na dno.
Prawo do niszczenia swojego dorobku dawał tylko i wyłącznie sobie. Zbudował to sam i to runie razem z nim.
A później się zaśmiał. Zupełnie tak, jakby jej opowiedział jakiś dobry dowcip.
Od tego momentu to już Dolohov zagadywany przez Laurenta. Wybaczcie za taką korektę czasową w środku posta, ale bardzo dużo się zadziało i musiałam to sensownie ułożyć.
Laurent Prewett nie był nikim, kogo Dolohov kojarzył z twarzy. Za to z nazwiska... owszem.
- Dobry wieczór... Vasiilij Dolohov, a to moja córka Lyssa... - Przywitał się, co było czuć w tonie głosu, z czystej grzeczności. Nie dlatego, że irytowała go obecność koniarza (no dobrze, irytowała go, ale nie śmierdziało od niego jednak, więc ta irytacja nie była aż tak głęboka i opadała z każdą sekundą, w której Laurent zachowywał się elegancko). Po prostu Dolohov nie uważał, że trzeba było go przedstawiać komukolwiek na tej sali. No, chyba że żył pod kamieniem. - Jesteś synem Edwarda, czyż nie? Jeżeli wciąż gnębią cię jakieś pytania, czuj się zaproszony do Praw Czasu. - Jeżeli miał nadzieję, że Dolohov zapomniał o tym liście, to mylił się - pamięć miał o wiele lepszą niż serce.
Uścisnął mu rękę. Był to uścisk delikatny i chłodny, a jego perfekcyjnie zadbana, choć koścista dłoń, była idealnym podsumowaniem tego, jak mało Dolohov miał wspólnego z fizyczną pracą.
- Brat mojej żony - tej szmaty - Louvain - najwyraźniej kolejny obiekt idealny do wytarcia nim podłogi - rzecz jasna.
Wróżbita zabrzmiał oczywiście tak, jakby był z Annaleigh niezwykle dumny. Ba, nawet uśmiechnął się trochę szerzej, w taki uprzejmy sposób, w jaki uśmiechał podczas udzielania wywiadów dotyczących palących spraw, gdzie nie wypadało ani zachować grobowej miny, ani wyszczerzyć się zbyt mocno, bo zła prasa przyklejała się do ciebie jak rzep do psiej dupy. To powiedziawszy, ściągnął wspomniane wcześniej okulary z oczu i oparł je na swojej głowie. Ewidentnie chciał coś powiedzieć, jakoś tego nieszczęsnego Prewetta zagadać, ale dołączyła do nich żona Williama.
- Eden, jeśliś górale tego nie wiedzą, to pewnie dlatego, że twój mąż zwykł ukrywać się w piwnicy. - Nie żartował wcale. Ba, całkiem niedawno wymienili sobie na ten temat kilka listów, ale celowo wysilił głos tak, żeby to jednak zabrzmiało jak żart. - Wielka szkoda, ale też żaden koniec świata... Annaleigh - ugh - kazała przekazać wam, żebyście czuli się w najbliższym czasie zaproszeni na obiad. I gdzieżbym miał - wręcz przeciwnie, relacja kanclerza z Erikiem Longbottomem przyciągała jego uwagę nie od wczoraj - mam za to przeczucie, że kibicujemy przeciwnym drużynom.
Jeżeli się nie znali, to przedstawił ich sobie.
with all due respect, which is none