Miała na oku Eryka, wiedziała, że tu był, ale Sauriel chyba nie zdawał sobie sprawy z jego obecności – cichej jak duch. Nie wiedział, że to Eryk, nie Victoria, zmusił drzewo, by zasłoniło Sauriela przed morderczym dotykiem promieni słońca. Ale póki Eryk sam nie chciał podejść do Sauriela, to sama nie zamierzała (przynajmniej na razie) zdradzać jego obecności. Najwyraźniej potrafił się poruszać równie cicho, co Sauriel… Delikatnie westchnęła, cichutko wypuściła powietrze przez usta. Starała się uspokoić. Starała się myśleć trzeźwo, mieć sytuację pod kontrolą.
Dała mu czas. Tę chwilę, w której zapanowała pomiędzy nimi cisza. Nie pytała „dlaczego?”, bo to pytanie wydawało się być zbędne. On na nią nie patrzył, ale Victoria na niego – już tak. Widziała, jak zadrżał. Jak drżały mu ręce, usta, jak spojrzał w ziemię, a po chwili pochylił głowę, wczepiając dłonie i palce w kosmyki niesfornych, kruczoczarnych włosów. Na chwilę. Zaraz wszystko się zmieniło i Sauriel już siedział wyprostowany, zaciskając dłonie na ławce. Victoria nawet nie zdążyła unieść ręki, by delikatnie położyć mu ją na ramieniu, chcąc dodać otuchy. Więc nie zrobiła tego. Nadal mu się jednak przyglądała. Wydawał się być rozczarowany, smutny… To była chyba mieszanina emocji przeróżnych. Zaś ciemnowłosa… ona czuła, że ktoś musi to dźwignąć, bo Sauriel już zwyczajnie nie jest w stanie. I czuła strach – o niego. Miała uniesione brwi w wyrazie zatroskania. I gdyby Sauriel się przyjrzał, to zauważyłby, że nie była w żadnej sukience czy spódnicy, jak zwykle, nie. Była w spodniach… I to takich, które wyglądały jakby mogły być spodniami od piżamy – bo zakładała na siebie byle co, kiedy na szybko się ubierała po prośbie Anny.
– Nie będę miała spokoju – jak mógł w ogóle tak myśleć. Przeżyła już śmierć jednego narzeczonego, i to takiego, którego szczerze nie znosiła. Miała więc przeżyć śmierć kogoś, kogo naprawdę, naprawdę lubiła? Kto był dla niej ważny? Pozostawiłby tylko ziejącą dziurę w sercu. – I ty też byś go nie miał – mógł w to nie wierzyć, ale Victoria… Victoria była pewna, że to wcale nie tego chciał Sauriel. Że wcale nie chciał… czekać. Na innych. – Masz całe życie przed sobą i możesz zrobić mnóstwo dobrych rzeczy. Ciągle je zresztą robisz – ciągle mówiła cicho, ale nie musiała wcale głośniej. Obawiała się zresztą, że jeśli powie coś chociaż ton głośniej… nie chodziło, ze Eryk mógłby usłyszeć, ale że… jakiś czar pryśnie. Że spłoszy Sauriela – to ostatnie co chciała zrobić. – Zmuszasz mnie do wyjścia ze strefy komfortu, myślisz, że kiedykolwiek piekłabym babeczki gdyby nie ty? Albo robiłabym czekoladę? Albo chodziła oglądać gęsi? Albo pić na cmentarzu? Uśmiechałabym się jakieś… siedemdziesiąt dwa razy mniej. Nie pytaj jak to obliczyłam – uśmiechnęła się przy tym pod nosem. – Świat będzie dużo smutniejszym miejscem, gdy ciebie zabraknie i wcale nie przyniesie to żadnego spokoju. A na pewno nie tym osobom, dla których jesteś bliski. Kocie… Mówiłam ci, naprawdę tym razem nie jesteś z tym wszystkim sam, to się nie zmieniło – chciała go dotknąć, chciała złapać go za rękę, ale bała się, że to za szybko, że jest zbyt rozemocjonowany.