Nie myślała, że jej słowa doprowadzą go do płaczu. O ile to nie były jej słowa? Może to był cały ciężar wszystkiego, co spoczęło na jego barkach, czego nie mógł już udźwignąć, i po prostu… pękł? Teraz, dzisiaj, kiedy nie pozwoliła mu odejść. Siedział tu koło niej i po prostu… to wszystko się z niego wylało. Widziała tego przedsmak nim zaczęła mówić, a potem ukrył twarz w dłoniach, pochylając się znowu do przodu i…
Tama w końcu puściła. Prędzej czy później musiała, skoro od lat nie była doglądana i naprawiana. Była przeżarta przez korniki, zgniła leżąc w tej wodzie, naruszona. Tak to było, kiedy za dużo nagromadziło się w głowie, kiedy nie dawało się temu upustu, kiedy nie chciało się absolutnie z nikim rozmawiać – nawet ze samym sobą. Kiedy problemy spychało się butem i dusiło obcasem, przywdziewając na twarz uśmieszek, i innych traktowało się dokładnie w ten sam sposób, co samego siebie: niedelikatnie, szorstko, po prostu źle.
A płacz bardzo szybko przerodził się w ryk. Wtedy już Victoria odwróciła delikatnie tułów w stronę Sauriela i leciutko położyła zimną dłoń najpierw na jego ramieniu, żeby zaraz przejechać nią na jego plecy, na wysokość łopatek, chcąc mu dodane otuchy tym malutkim ciężarem własnego ciała, miała nadzieję, że lekkim jak piórko, kiedy go tak głaskała – o ile jej rzecz jasna nie odgonił ręką. Nie zamierzała go oceniać, wskazywać palcem czy jest winny czy nie… nie o to w tym wszystkim chodziło. Jej drugą dłoń gładko wsunęła się na jego udo; nie chciała łapać go za dłonie, odciągać ich od twarzy, kiedy ewidentnie potrzebował… potrzebował się wykrzyczeć. I wypłakać.
- Może tego nie dostrzegasz, ale ja naprawdę się cieszę, że cię poznałam i że pojawiłeś się w moim życiu. Może i początek nie był zbyt wesoły, ale uważam, że wniosłeś do tego mojego nudnego świata bardzo dużo światła. I słodyczy – bardzo cichutko zachichotała. Sauriel w końcu regularnie przynosił jej jakieś łakocie. - Nie da się zbawić całego świata. Nie wymagaj tego od siebie. W tym najbliższym naprawdę robisz różnice, bardzo pozytywną. Przez ostatnie tygodnie zresztą… to ty mnie najbardziej trzymałeś do kupy. To chyba nie jest złe? – nie sądziła, że jej odpowie. Gadała żeby… chociaż trochę ukoić ból jego duszy. Starała się zresztą moich najłagodniej jak się da. - Ćććśśś – to był szept, kiedy jej dłoń przesunęła się po jego plecach na drugą stronę. - To nic złego. Chodź do mnie – chciała go przygarnąć do siebie, był taki biedny, taki samotny, taki… to nie był smutek. A Victoria wręcz czuła ten jego ból, taki który gdyby tylko potrzebował oddychać, zapierałby mu dech w piersi. - Nie jesteś sam. I nie jesteś beznadziejny. Nie jesteś niepotrzebny – mówiła do niego dalej.