Piknik na leśnej polanie brzmiał na tyle pociągająco, że pomimo wczesnej pory i pomimo tego, jak ostatnio napięte życie prowadził Laurent - chciał go w ten grafik wcisnąć. Choć do lasów trochę za daleko, szczególnie, że Knieja była teraz niebezpieczna, więc lepiej było się zadowolić okolicami Londynu. Może tylko popełnił jeden błąd, że nie zapytał, co on miałby przynieść od siebie. Nie znał się na gotowaniu, co prawda Migotek mógł coś sporządzić, ale coś, co robisz od serca i dla serca podarowujesz nie powinno być robione dłońmi innej istoty. Stety czy niestety - czasu na nauczenie się gotowania nie miał, więc koniec końców zerwał kwiaty ze swojego ogrodu, żeby zrobić z nich zaklęciem transmutacji małego aniołka - wyglądał jak plecionka, mocno pościągany łodygami i z plączącymi się płatkami i całymi kloszami kwiatów tańczących na jego ciele. Takie nawiązanie do ich rozmowy i mniemaniu o tym, jak łatwo posądzić kogoś o bycie aniołem, kiedy wcale nim nie był. Aniołek nie był duży, ale to przecież nie o to chodziło, żeby powalał rozmachem. Mieścił się w dłoni, choć dłoni Laurenta - dłoń Elaine była prawie jak dłoń dziecka. Musiało to wystarczyć szczególnie, że nie zamierzał przynosić żadnego alkoholu. Jedynie poprosił Migotka o przygotowanie kawy i herbaty oraz filiżanek, by mógł je ze sobą zabrać.
Podobno to właśnie rycerze przyjeżdżają do swoich księżniczek na białych rumakach. Z Laurenta nie był żaden rycerz, ale rzeczywiście pojawił się na białym rumaku. Białym jak śnieg abraksanie, który powoli kroczył po polnej drodze, żeby w końcu zatrzymać się na umówionym miejscu, do którego właśnie zbliżała się z innej strony Elaine. Mężczyzna zsunął się z boku zwierzęcia, która odeszło na bok, przesuwając chrapami po zielonych kłosach trawy łaskoczących go w nos.
- Dzień dobry, Elaine. - Lubił brzmienie ludzkich imion. Lubił elegancję określeń, kurtuazję powitań i wszystko, co wiązało się z pewnym doznaniem czegoś bardziej wzniosłego ponad zwykłą i szarą codzienność. Chyba dlatego prawie nigdy nie skracał powitań do krótkich "cześć", lubił podkreślać imię rozmówcy, choć przecież nie musiał, bo wiadomym było, do kogo mówi. To były drobnostki, ale jedna drobnostka tu, druga tam i nagle można było zebrać całą garść wartości. - Wyglądasz jak sama Pani Wiosna. Piękna sukienka. - Ach, sukienka jak sukienka... Elaine była zjawiskowa, niby... - Ach, albo to ja mam zwidy i to jedna z nimf leśnych zaszczyciła mnie swoją obecnością. - Ach, jak nimfa wyrwana z baśni i legend, która pochylała się nad stawem, by przyglądać się własnej urodzie, wzbudzać zazdrość kobiet i kusić do siebie mężczyzn. - Popełniłem błąd pisząc do ciebie list, ale nie bardzo miałem czas go naprawić w wirze pracy i zajęć. Zupełnie nie byłem pewien, czy cokolwiek powinienem ze sobą przynieść. - Jakoś przeszło mu przez głowę, że Fuego był zachwycony jabłkiem, który mu przyniósł, a które zostawił po robieniu szarlotki. - Skoro już wiem, że wino do ciebie nie przemawia, postawiłem na herbatę. - Może zbędnie, bo może również ją przygotowała, ale to akurat nie było ani coś, czego szkoda, ani to, co może się po prostu zmarnować.
Dzisiejszego dnia w jego garderobie dominował granat i szarość - jego elegancja podkreślona była subtelnym szyciem w motywach roślinnych to tu, to sam. Dość luźna koszula wpuszczona w spodnie uginała się pod każdym dotykiem letniego powiewu wiatru.