Elaine obraziłaby się na niego jeśli zrobiłby coś do jedzenia. Od gotowania była ona – Laurent był od jedzenia. Nie mogła się już doczekać, aż spróbuje jej kanapek, sałatek, ciast i innych pyszności, które przygotowała specjalnie dla niego. Gdyby wiedziała, że zabierze ze sobą konia to przyniosłaby dla niego jakieś warzywa. Ruda w prawdzie unikała bliskich spotkań ze zwierzętami, ponieważ nie reagowały na nią zbyt pozytywnie, ale nie mogła ich za to winić. Był to tylko ich instynkt. Dziewczyna nie potrzebowała żadnego prezentu, wystarczyła jej obecność Prewetta i to, że zgodził się pójść z nią na piknik. Miała wokół siebie głównie rodzinę i czasami czuła się samotna, a posiadanie przyjaciela spoza cyrku wydawała się jej być atrakcyjną myślą. Był kimś kto znał świat od innej strony, od posiadania stabilnego domu, od normalnej pracy, od prawdziwych rodzinnych spotkań. Ona w prawdzie kochała swoje życie, ale czasami jej czegoś brakowało.
Gdy dostrzegła Laurenta na koniu uniosła lekko brwi w zdumieniu. Wyglądał niesamowicie, prezentował się tak dostojnie. Ona poczuła się delikatnie zawstydzona tym, że była ubrana w taki sposób. Może powinna wybrać coś mniej wyzywającego? Laurent wydawał się być pełen elegancji i kultury, a ona była prostą dziewczyną, znalezioną na ulicy, opuszczoną przez biologiczną rodzinę, porwaną przez cyrkowców. Te myśli jednak odegnała, gdy ten tylko do niej podszedł i się z nią przywitał. Usta dziewczyny były cały czas rozciągnięte w ciepłym, wesołym i ufnym uśmiechu. Odstawiła koszyk na ziemię i bez pytania, bez zbędnych ceregieli po prostu go przytuliła. Bellówna uwielbiała się przytulać, uwielbiała bliskość innych osób, nie krępowała się tym, bo było to proste i przyjemnie ciepłe uczucie. Uściskała go oczywiście krótko na powitanie (no dobrze, może odrobinę dłużej niż zwykle innych ludzi, ale Laurent nie musiał o tym wiedzieć, prawda?). Odsunęła się od niego i lekko skinęła mu głową nie przestając się uśmiechać. Był tak cholernie uroczo przystojny, że nie mogła oderwać od niego swojego spojrzenia.
– Dzień dobry, mój drogi – powiedziała i zaczesała kosmyk włosów za ucho. Gdy zarzucił ją komplementami uśmiech się poszerzył, a w brzuchu wzbiło się milion motyli latając po nim jak po najpiękniejszych łąkach. Słyszała w swoim życiu ogrom komplementów, ale ten, który sprawił jej Laurent brzmiał bajkowo. Czasami komplementy mężczyzn były obrzydliwe, ale teraz czuła się naprawdę doceniona. – Dziękuję – nawet okręciła się wokół własnej osi, aby zaprezentować swoją sukienkę. To był jej jedyny mankament, kochała piękne sukienki, część z nich nawet sama szyła, inne kradła, a jeszcze inne znajdowała w różnych miejscach; na przykład na linkach z praniem innych osób. – Mam sporo jedzenia, mam też lemoniady. Herbaty nie zrobiłam, bo nie wystarczyło mi czasu, więc idealnie się składa – odpowiedziała i złapała za koszyk. – Poszukajmy dobrego miejsca – dodała rozglądając się dookoła. – Najlepiej w cieniu drzewa.