09.11.2022, 22:01 ✶
Zorientowała się, że brat został w tyle – oczywiście że tak. Nie dało się nie zauważyć, że nagle z pola widzenia zniknął kary wierzchowiec wraz z mężczyzną na jego grzbiecie. Toteż ściągnęła cugle swojego kasztana, dając kopytnemu znać, żeby się zatrzymał i obejrzała przez ramię.
Z niemym pytaniem w oczach, które zniknęło praktycznie natychmiast, gdy tylko dostrzegła wyraz twarzy Elliotta. Normalny człowiek na ten widok z reguły zwiewałby, gdzie pieprz rośnie, zwłaszcza jeśli gniew byłby wymierzony właśnie w niego samego. Tyle że Eunice niekoniecznie zaliczała się do „normalnych”, no i też zdawała sobie sprawę z tego, ze ta furia nie uderzała bezpośrednio w nią samą.
Co nie znaczyło, że chciałaby stanąć z bratem oko w oko w sytuacji, w której byłaby adresatką jego złości.
- Nie mów, że muszę to powtarzać – wyrzekła tylko i zacisnęła wargi. W ustach Elliotta wszystko wyglądało jeszcze gorzej niż sama to do tej pory widziała. Ot, miała inną perspektywę, odbierała to bardziej personalnie, nie łączyła swej osoby z Perseusem, mimo że robiły to więzy przysięgi, prawa i złotych obrączek na ich palcach. Pokręciła powoli głową. Nie, nie do końca tak…
- Nie zostanę tutaj, potem pójdę do Rosemary House – tak że odpadał punkt o ucieczce do domu rodzinnego, który zdecydowanie nie był najlepszym miejscem pod słońcem na chowanie się przed Daphne. Choć tak po prawdzie, gdyby miała wybierać pomiędzy dawnym domem a obecnym, chyba faktycznie postawiłaby na pozostanie w nazbyt bliskiej obecności swych rodziców. Szczęściem, miała do dyspozycji jeszcze jedną posiadłość, z której uczyniła swój azyl – Elly... – urwała, wzięła głębszy wdech.
Paradoksalnie, w jakiś niewytłumaczalny sposób furia Elliotta podziałała na nią uspokajająco. Może to była kwestia faktu, iż zdała sobie sprawę z tego, że naprawdę ma prawo być zła na Daphne, skoro nie tylko w niej samej teściowa wzbudziła takie uczucia. A może kwestia pewnej wprawy – będąc na stażu stykała się z ludźmi w różnym stanie emocjonalnym i musiała sobie z nimi radzić. Jako prefekt w Hogwarcie – również.
- Na razie nie rób nic, bardzo cię proszę. Jestem wdzięczna, że chcesz pomóc, jednakże zgodzisz się chyba ze mną, że najpierw muszę rozmówić się z Perseusem? Jeśli nic się nie zmieni, to przyjdę do ciebie – obiecała, dając subtelny sygnał wierzchowcowi, by ruszył z miejsca. W końcu nie mogła zostać w tyle, prawda?
Odetchnęła, znów wchodząc w kojący wręcz, spokojny, harmonijny rytm. Nadal była zła, rozżalona, owszem, niemniej zaczynała w końcu dostrzegać, że świat nie malował się w aż tak tragicznych barwach. Że wiosenne powietrze przyjemnie wypełniało płuca – zupełnie inne niż to, którym oddychała w Londynie.
- Perseus wesprze moją decyzję, obojętnie jaka by nie była. Mówi, że mam wybrać to, co dla mnie najlepsze i mam się na nic innego nie patrzeć – przynajmniej tyle w kwestii obwiniania za to, że nie czuła się gotowa. Jeśli słowa męża były prawdziwe, a wierzyła – bądź chciała wierzyć, że faktycznie nie podszyto ich fałszem – to wyglądało na to, iż pod tym względem nie zostanie sama na polu bitwy.
- Proszę cię, nawet niespecjalnie lubię dzieci. Nicholas jest jedynym wyjątkiem, ale to wciąż dziecko, którego nie mam na głowie całe godziny, dni, noce, lata. I tak, wiem, miałby towarzystwo, ale… skąd mam mieć pewność, że będę potrafiła spojrzeć na nie tak, jakby nie było owocem podstępu Daphne? Skąd mam mieć pewność, że będę w stanie je polubić na tyle, żeby nie zafundować mu nieszczęśliwego życia od samego początku? – w głosie kobiety przebrzmiała gorycz. Tyle obaw, tyle pytań bez odpowiedzi, których nie potrafiła w sobie odnaleźć.
Trafiała jedynie na morze pełne strachu i wątpliwości; gdzieś hen, daleko, błyskała latarnia w postaci wsparcia ze strony męża, ale… czy to wystarczy? Czy będzie w stanie udźwignąć to wszystko, zwłaszcza że Perseus sam miał dość ograniczone możliwości? Niby się nasuwało rozwiązanie w postaci służby, ale znów – nikt za nią tej ciąży nie donosi ani, tym bardziej, nie wypchnie potomka na świat.
A to też przerażało.
- Nie jestem pewna, czy takie „nigdy”, ale ty go jednak lepiej znasz. Może za surowo go oceniam – umilkła, pozwalając kasztanowi na zboczenie na brzeg rzeki, zamoczenie kopyt – Zaczynam się zastanawiać, czy może jednak nie spróbować pozbyć się jej raz, a porządnie. Rozumiesz, co mam na myśli? – spytała cicho, wstrzymując wierzchowca.
Lodowe spojrzenie spoczęło na Elliotcie, uważnie obserwując jego reakcje.
Z niemym pytaniem w oczach, które zniknęło praktycznie natychmiast, gdy tylko dostrzegła wyraz twarzy Elliotta. Normalny człowiek na ten widok z reguły zwiewałby, gdzie pieprz rośnie, zwłaszcza jeśli gniew byłby wymierzony właśnie w niego samego. Tyle że Eunice niekoniecznie zaliczała się do „normalnych”, no i też zdawała sobie sprawę z tego, ze ta furia nie uderzała bezpośrednio w nią samą.
Co nie znaczyło, że chciałaby stanąć z bratem oko w oko w sytuacji, w której byłaby adresatką jego złości.
- Nie mów, że muszę to powtarzać – wyrzekła tylko i zacisnęła wargi. W ustach Elliotta wszystko wyglądało jeszcze gorzej niż sama to do tej pory widziała. Ot, miała inną perspektywę, odbierała to bardziej personalnie, nie łączyła swej osoby z Perseusem, mimo że robiły to więzy przysięgi, prawa i złotych obrączek na ich palcach. Pokręciła powoli głową. Nie, nie do końca tak…
- Nie zostanę tutaj, potem pójdę do Rosemary House – tak że odpadał punkt o ucieczce do domu rodzinnego, który zdecydowanie nie był najlepszym miejscem pod słońcem na chowanie się przed Daphne. Choć tak po prawdzie, gdyby miała wybierać pomiędzy dawnym domem a obecnym, chyba faktycznie postawiłaby na pozostanie w nazbyt bliskiej obecności swych rodziców. Szczęściem, miała do dyspozycji jeszcze jedną posiadłość, z której uczyniła swój azyl – Elly... – urwała, wzięła głębszy wdech.
Paradoksalnie, w jakiś niewytłumaczalny sposób furia Elliotta podziałała na nią uspokajająco. Może to była kwestia faktu, iż zdała sobie sprawę z tego, że naprawdę ma prawo być zła na Daphne, skoro nie tylko w niej samej teściowa wzbudziła takie uczucia. A może kwestia pewnej wprawy – będąc na stażu stykała się z ludźmi w różnym stanie emocjonalnym i musiała sobie z nimi radzić. Jako prefekt w Hogwarcie – również.
- Na razie nie rób nic, bardzo cię proszę. Jestem wdzięczna, że chcesz pomóc, jednakże zgodzisz się chyba ze mną, że najpierw muszę rozmówić się z Perseusem? Jeśli nic się nie zmieni, to przyjdę do ciebie – obiecała, dając subtelny sygnał wierzchowcowi, by ruszył z miejsca. W końcu nie mogła zostać w tyle, prawda?
Odetchnęła, znów wchodząc w kojący wręcz, spokojny, harmonijny rytm. Nadal była zła, rozżalona, owszem, niemniej zaczynała w końcu dostrzegać, że świat nie malował się w aż tak tragicznych barwach. Że wiosenne powietrze przyjemnie wypełniało płuca – zupełnie inne niż to, którym oddychała w Londynie.
- Perseus wesprze moją decyzję, obojętnie jaka by nie była. Mówi, że mam wybrać to, co dla mnie najlepsze i mam się na nic innego nie patrzeć – przynajmniej tyle w kwestii obwiniania za to, że nie czuła się gotowa. Jeśli słowa męża były prawdziwe, a wierzyła – bądź chciała wierzyć, że faktycznie nie podszyto ich fałszem – to wyglądało na to, iż pod tym względem nie zostanie sama na polu bitwy.
- Proszę cię, nawet niespecjalnie lubię dzieci. Nicholas jest jedynym wyjątkiem, ale to wciąż dziecko, którego nie mam na głowie całe godziny, dni, noce, lata. I tak, wiem, miałby towarzystwo, ale… skąd mam mieć pewność, że będę potrafiła spojrzeć na nie tak, jakby nie było owocem podstępu Daphne? Skąd mam mieć pewność, że będę w stanie je polubić na tyle, żeby nie zafundować mu nieszczęśliwego życia od samego początku? – w głosie kobiety przebrzmiała gorycz. Tyle obaw, tyle pytań bez odpowiedzi, których nie potrafiła w sobie odnaleźć.
Trafiała jedynie na morze pełne strachu i wątpliwości; gdzieś hen, daleko, błyskała latarnia w postaci wsparcia ze strony męża, ale… czy to wystarczy? Czy będzie w stanie udźwignąć to wszystko, zwłaszcza że Perseus sam miał dość ograniczone możliwości? Niby się nasuwało rozwiązanie w postaci służby, ale znów – nikt za nią tej ciąży nie donosi ani, tym bardziej, nie wypchnie potomka na świat.
A to też przerażało.
- Nie jestem pewna, czy takie „nigdy”, ale ty go jednak lepiej znasz. Może za surowo go oceniam – umilkła, pozwalając kasztanowi na zboczenie na brzeg rzeki, zamoczenie kopyt – Zaczynam się zastanawiać, czy może jednak nie spróbować pozbyć się jej raz, a porządnie. Rozumiesz, co mam na myśli? – spytała cicho, wstrzymując wierzchowca.
Lodowe spojrzenie spoczęło na Elliotcie, uważnie obserwując jego reakcje.
699/2175