Właściwie wpadnięcie w wir pracy było idealnym lekarstwem na ból duszy bądź serca – na samotność, złamane serce, albo inne dolegliwości, o ile człowiek potrafił na tyle się skupić na pracy, by go to rzeczywiście pochłonęło. By dało się odciągnąć myśli od tego, o czym myśleć się nie powinno ani trochę, bo sprawiało to tylko przykrość. Właściwie… To dobrze, że Avelina trafiła na taką właśnie pracę, która jej się podobała, być może nawet była jej pasją, która pochłaniała ją bez reszty i czuła się w niej potrzebna i na miejscu. Ginevra uśmiechnęła się do dziewczyny jeszcze raz. Czasami tak było – spotykasz nieznajomego, w knajpie, wymienicie kilka zdań i okazuje się, że choć pochodzicie z dwóch różnych miejsc na ziemi, to macie całkiem podobne poglądy… przynajmniej na tę sprawę, bo niewiele więcej ze sobą porozmawiały. Ale Ginny też wcale nie chciała rozmawiać więcej o polityce, więc właściwie z przyjemnością przyjęła zmianę tematu na ten znacznie lżejszy. I wydawało jej się, że jej towarzyszka też poczuła się na tych wodach znacznie swobodniej, bo powiedziała dużo więcej.
– O proszę, zobacz jaki ten świat mały – roześmiała się w głos. – Tak się składa, że sama jestem archeologiem, pracuję przy wykopaliskach – właściwie to była… historykiem magii, lekarzem, wróżbitą… Zbitkiem trzech z pozoru kompletnie nie pasujących do siebie zawodów. – Może miałam okazję ich poznać? – zapytała zaintrygowana i leciutko przymrużyła jasnobrązowe oczy. Avelina wspominała jednak, ze nie wie za wiele, bo ich listy są mało precyzyjne. – Tak, jest ciepło właściwie cały rok. W lecie tylko bardziej niż w zimie. Więc jeśli mam ci coś sugerować, to jeśli nie jesteś przyzwyczajona do wysokich temperatur, albo ich nie lubisz, to lepiej wybrać się do Egiptu zimą albo wczesną wiosną – Ginny nie trzeba było długo zachęcać, żeby się odzywała, właściwie wystarczyło zarzucić wędkę, a ona niczym rybka połykała haczyk iiii…. Gadała. Historycy chyba tak właśnie mieli. Gadali. – Nie ma tam czegoś takiego jak śnieg. Deszcz pada tylko czasami, nie to co tutaj. Pamiętam za to jaka byłam zdziwiona jak pierwszy raz przyjechaliśmy do dziadków na Yule, nie rozumiałam konceptu śniegu ani trochę – to były miłe wspomnienia: pierwsza bitwa na śnieżki z tatą, śmiech jej matki, kiedy wrócili cali mokrzy do domu. – Och, dziękuję – zawsze miło było usłyszeć komplement, a rumieniec Aveliny… Wzięła go właśnie za nieśmiałość. Albo za pierwsze uderzenie alkoholu. – Ale taka ładna szminka jak twoja by mi nie pasowała – to też był komplement, bo czerwień ust Aveliny przykuwała wzrok. – Czym ty się zajmujesz, jeśli mogę spytać? Ja pracuję przy wykopach, twoi rodzice podróżują, a ty? Wyglądasz mi na osobę, która znacznie lepiej czuje się w bardziej kontrolowanych warunkach. I to też nie oznacza nic złego, wręcz przeciwnie – puściła do niej oko. Lubiła tak bawić się słowem.