Nie była przesadnie gadatliwa, ale mówiła do niego, chcąc go tym samym, swoim spokojnym głosem, uspokoić. Uświadomić mu, że jest jakąś stałą, kotwicą, podporą, której może się złapać, żeby się z tej szalonej toni wynurzyć. Każdy zasługiwał w swoim życiu na coś, co było dla niego takim światłem, słońcem. Albo na kogoś, kto kimś takim był. Victoria nie miała już pojęcia kim ona jest dla niego, ale miała nadzieję, że mu to światło dawała. Że widział w niej kogoś dobrego w tym swoim życiu. Tak, życiu. Po śmierci też ono istniało.
Pozwoliła mu się o nią oprzeć, objęła go i ułożyła brodę na jego włosach, głaszcząc go przy tym cały czas po plecach, w ten leciutki, uspokajający sposób. Miała nadzieję, że to działa, że to coś daje. Że chociaż odrobinę będzie mu lepiej. Z całego swojego serca mu tego życzyła – żeby się szczerze uśmiechał, żeby był szczęśliwy. Nieco egoistycznie chciała, by był szczęśliwy przy niej, ale ostatnie czego mu życzyła, by było to na siłę.
Nie trzyma go mocno, więc gdy tylko poczuła, że Sauriel gotowy jest się wyprostować, równie delikatnie go puściła, chociaż jej dłoń ciągle spoczywała na jego plecach, ześlizgując się po nich pomalutku. Przyglądała mu się z uwagą i współczuciem, kiedy ocierał twarz, oczy… Victoria złapała za swoją różdżkę, którą ciągle miała na kolanach po aportacji, machnęła niedbale i podała Saurielowi wyczarowaną chusteczkę, by mógł sobie wytrzeć twarz. Nie powinna być zdziwiona, że sięgnął po papierosy – nieco jednak to zdziwienie okazała, kiedy Eryk nagle położył dłoń na ramieniu syna. Nawet nie słyszała jak się przemieścił, ani kiedy – po prostu nagle był obok i bez słów przekazywał zdaje się, że swoje zmartwienie… Bo nie widziała, żeby był zły. W ogóle przez cały ten czas kiedy razem z nim teleportowała się po różnych miejscach szukając Sauriela, widziała w nim zdenerwowanie, ale nie gniew, nie złość, która miałaby popchnąć go do tego, by Sauriela skrzywdzić.
Ale nie chciała ryzykować. I już postanowiła, że tego dnia nie odstąpi Sauriela na krok – by się upewnić, że nikt nie podniesie na niego ręki.
– Sauriel… – powiedziała cicho, kiedy w końcu się odezwał po tych bardzo długich minutach ciszy z jego strony. „Żebym nie pożałował” zadźwięczało jej w głowie. Nie chciała, żeby żałował. Chciała, żeby zobaczył, że naprawdę świat nie musi być wcale taki zły, że nie jest sam, że ma ludzi, do których może się zwrócić… – Nie ma rzeczy niemożliwych – słowa jej babci od początku czerwca dźwięczały jej w głowie. O tym, że wszystko można odczynić, wszystko można odkręcić, wszystko można osiągnąć. Walka z rodziną to jedno, ale kiedy za plecami miało się tak duże i potężne rody, w pojedynkę można było co najwyżej… Ach. Można było naprawdę niewiele. Zaś szczęście… Wydawało jej się, że je znalazła już jakiś czas temu. I dlatego tak jej serce stanęło, gdy ono prawdziwie próbowało odejść.