Ach, owszem, zaprowadzenie jej do abraksanów poskutkowało dowiedzeniem się, że od tej małej, uroczej kobietki magiczne stworzenia raczej uciekały, niż chciały dać się pogłaskać. Instynkt. W przyszłości miał rozmawiać o tym, czym ten instynkt był, z jedną osobą wyciągniętą z czeluści jego historii. Osoba ta szanowała istoty magiczne dlatego, że miały silny instynkt. Kierowały się swoimi przeczuciami, nawet kiedy były myślącymi i bardzo rozumnymi osobnikami - tak jak abraksany. Laurent był szczerze zdziwiony, że Michael, jego ulubieniec wśród tych skrzydlatych koni, nie był skory nawet nie polubić dziewczyny, ale wręcz nie życzył sobie jej obecności przy abraksanach. I przy samym Laurencie. To nie było tak, że to nie tworzyło żadnej lampki w głowie blondyna, bo tak negatywnie jeszcze chyba nie widział, żeby jego podopieczni zareagowali. Ale to też nie tak, że od razu miał ją za potwora, że jego podejście do niej się zmieniło. Mogła być posiadaczem jakiejś genetyki, która wzbudzała niepokój w zwierzętach - tym bardziej cieszył się, że tamtego dnia jego pies był z dala od domu. Abraksany jak abraksany, ale gdyby nie mógł uspokoić jarczuka to sytuacja byłaby bardzo niebezpieczna.
Teraz to nie miało żadnego znaczenia, bo oto byli na polanie, twarzą w twarz, uśmiechnięci i cieszący się ze wzajemnego towarzystwa. Po tym dziwnym liście z mnóstwem błędów, który nie przyprawił Laurenta o zawał (może troszkę!), a sprawił, że uśmiechnął się z rozczuleniem. Kimkolwiek był ten "Be", który list napisał, przynajmniej pisać potrafił, nawet jeśli chyba był dyslektykiem. Albo nie ćwiczył poprawnej angielszczyzny. Ważne było to, że udało się wymienić konwersację i dogadać co do czasu i miejsca spotkania, bo z kalamburami rysunkowymi naprawdę miałby problem sobie poradzić mimo bogatej wyobraźni.
Z aprobatą spojrzał na to, jak okręciła się przed nim - naprawdę wyglądała jak utkana z traw i promieni słońca istota, której boskość wykraczała poza ramy tego świata. Mistyczne stworzenie, które podróżowało przez wieki i tylko tym wybranym pokazywało samego siebie w pełnej okazałości i krasie. Musiał być szczęściarzem, że ktoś taki wyciągnął go spod gruzowisk dachu starej szopy.
- Nie miałem wątpliwości co do tego, że uraczysz nas prawdziwą ucztą. Nie przepadam za słodkościami, ale twój jabłecznik mógłbym chyba jeść do każdej kawy. - I to był fakt. Wcale nie był przesadnie słodki, rozpływał się w ustach - jej zdolności były porównywalne do samej Nory, której wypieki również rozpływały mu się w ustach. - Nie zastanawiałaś się nad tym, by pracować jako cukierniczka? Kucharka? - Czarownica z takim talentem byłaby witana z otwartymi ramionami w nawet tych najlepszych knajpach. Ba - pewnie nawet Nora chętnie by kogoś takiego przyjęła w swoje progi, a pomoc naprawdę by się jej przydała. Choć to było jego mniemanie, a przecież na prowadzeniu biznesu cukrowego znał się tyle, co nic. Elaine zaś wydawała mu się osobą, która nie poszukiwała stabilizacji w pojęciu pracy, która doprowadziłaby ją do utknięcia w jednym miejscu. Była wolnym duchem - bo w końcu kto mógłby spętać samą Panią Poranka?
Laurent pomógł niewieście rozłożyć koc na zielonej trawie i sam wyciągnął z magicznie powiększonej w środku torby termos z herbatą, filiżanki i... aniołka uplecionego z kwiatów i gałązek.
- Ostatnim razem szukałem cię, ale nie miałem jak prawidłowo podziękować. To dla ciebie. Choć nie dorównuje twojej urodzie mam nadzieję, że ci się podoba. - Zażartował ostatnim zdaniem delikatnie, bo przecież gdzież takim kwiatom do samej Elaine! Wyciągnął plecionkę w kierunku niewiasty, obserwując jej reakcję.