Coś drgało w niej nieprzejednanie ostatnimi czasy; pewna niebotyczna siła rozsadzała wręcz smukłe, kościste ciało kostuchy – górującej wzrostem nad lwią częścią ciżby. Zamartwienia obijały się o lotny umysł, a ona sama, zupełnie jakby skakała w rozżarzone oko Wezuwiusza, nie przejmowała się patową sytuacją, sprowadzającą ją na samo dno jestestwa, z którym nie potrafiła sobie wydatnie poradzić. Kąciki jej ust zadrgały przez ułamek sekundy, nie skłoniły się jednak ku rozmyciu oblicza uśmiechem – Lycoris Black wszak nie przywdziewała nigdy filuterności, sympatii i jakichkolwiek ochłapów przystępności.
Prawdopodobnie dlatego na ministerialnych korytarzach usuwano się jej z drogi.
Żmiją była z powołania i zainteresowania. Żaden mężczyzna nie zaprzątał jej głowy i choć pogłoski o jej rychłym staropanieństwie odbijały się echem po korytarzach – ludzka krzątanina już dawno jej zbrzydła i nie zajmowała proscenium myśli w żadnej mierze. Niewzruszona, nieludzko wręcz obojętna, utożsamiana z samą śmiercią – jej obraz nie przynosił chluby rodzinie. I gdyby nie wsparcie Perseusa, płomienie gniewu matki strawiłyby ją już dawno temu – była przecież obraźliwa w całym swoim jestestwie, popełniała faux pas z wyważoną celowością, a opinię posiadała nieomal tak zszarganą, jak wypaczony umysł.
Skierowała papierosa ku wargom, pozwalając zająć się płucom słodkim dymem nikotynowym. Uniosła brwi, wlepiając igły spojrzenia w Rookwooda. Bo tak naprawdę, co panny w tych Rookwoodach widziały?
– Och nie, a więc nie przyszedłeś na ploteczki? – odparła znudzonym tonem – w zasadzie zachowującym się w ramach klasyki jej bytowania. – Nie opowiem ci nic, czego byś nie wiedział. A od ciekawskości można dostać kociej mordy – skwitowała, ponownie otulając wargami filtr papierosa.
Och, słyszała parokrotnie gorące plotki na temat lichych rozmyślań dotyczących sparowania jej z Ulyssesem; pamiętała go wszak ze szkolnych korytarzy, zamienili parę nieistotnych rozmów – na tym jednak puentowała się ich znajomość. Wątpiła, czy Rookwoodowie przyjęliby ją z otwartymi ramionami, a skoro nawet ona sama w to wątpiła – było to prawdą bezsprzeczną.
– Jak tam purchlaki? To znaczy, eeee, dzieci? – zabrzmiała pytaniem. – Nie pytam, bo mnie to interesuje. Pytam, bo każdy temat na przerwie będzie lepszy niż praca, a mały small talk nam się przyda – rzekła, palcem wskazującym pozbywając się nadmiaru popiołu z rozżarzonego oczka papierosa.