Oblał się lekkim rumieńcem. Cóż, w tych dziwnych czasach wszyscy musieli nieco przewartościować swoje życie. Florence nie mogła skupiać się tylko na Cameronie i tym, czy zaraz nie otruje lub nie odrąbie przez przypadek nogi pacjentowi. Jak to było... Lepiej zapobiegać, niż leczyć? Jakoś tak. No to kierując się tą ideą, Bulstrode „awansując” Czarnego Pana w rankingu swoich największych zmartwień, starała się zapobiec masowym zgonom. I uszkodzeniom ciała. I ducha. Proste i logiczne.
— N-no, raczej nie. Muszę mieć z tego c-coś dla siebie, c-co n-nie?
Uśmiechnął się. Chociaż zaręczyny przy piwie i przypalonych tostach brzmiały jak coś, co mogliby zrobić bez większego wahania, tak gdyby to miały być prawdziwe, oficjalne, „romantyczne” zaręczyny, to nawet Cameron poszedłby o krok dalej. Albo dwa kroki dalej. Albo trzy... Niech będzie! Pięć.
— Myślałem o tym — potwierdził z wahaniem.
Chciał być blisko niej, ale miał też mętlik w głowie. Trudno było powiedzieć, czy była to kwestia jego własnego niezdecydowania, czy też majowy rytuał zostawił po sobie wyraźny ślad w jego psychice. W gruncie rzeczy byli w stanie... Wojny domowej? Zamieszek, które wybuchały co drugi tydzień lub miesiąc? Jak w ogóle nazwać to co obecnie targało krajem na prawo i lewo? Nie sposób było cokolwiek planować z wyprzedzeniem.
Chciał być blisko Rudej, ale nie był pewny, czy wspólne mieszkanie przyniosłoby im więcej złego niż dobrego. Każdy dzień przynosił coraz to nowe wyzwania i wcale nie robiło się lżej. Czy cały bagaż doświadczeń związany z dzieleniem lokum zadziałałby w tym przypadku na ich korzyść? A może przebywanie na tak małej przestrzeni sprawiłoby, że pękliby pod natłokiem tego, co dopiero miało nadejść?
— Nie jest to zły pomysł. — Zacisnął pięści, walcząc poniekąd z samym sobą, co by nie zrzucić swoich wcześniejszych słów na karb bardzo mało wyszukanego żartu. — Chociaż nie wiem, skąd byśmy wzięli własne mieszkanie. W szpitalu ledwo mi płacą za...
Nie zdołał dokończyć, bo w tym momencie między drzewami coś błysnęło. Nie. Nie. Zapłonęło. Tak, to było dużo lepsze określenie. Cameron jedynie przystanął, gapiąc się w to przedziwne ognisko. Czy to było jedno z tych Widm, o których pisano w gazetach i rozmawiano w Dziurawym Kotle wieczorami? Nie mówili nic o tym, że to jakieś płonące duchy, zwrócił uwagę Cameron. Krzyk Heather skutecznie przywrócił go do rzeczywistości.
— A czy m-mam w-w-wybór? — Uniósł sugestywnie brew, wskazując na różdżkę Wood, która już była wycelowana w to dziwne zjawisko. — P-poza tym... J-jesli to p-prawdziwy ogień t-to i t-tak trzeba będzie komuś p-powiedziec, nie?
Równie dobrze mogli to sprawdzić i przekazać służbom dokładniejsze informacje. Para ruszyła do przodu, Heather z przodu, Cameron bardziej z tyłu. Wszystko wskazywało, że byli tu sami, więc to chyba nie był jakiś żart ze strony miejscowych. Z drugiej strony, krzewy nie dokonują samozapłonu na niebiesko i rzadko kiedy ktoś sobie leżał obok...
— Yyyy! — jęknął zdezorientowany Lupin, wskazując palcem na leżącego przy ognisku faceta. — C-co to ma być? — Cofnął się o pół kroku. — Kto to jest?