Dzień leniwie toczący się kulą słońca po nieboskłonie, majowym oddechem mile otaczał wszelakość, jak te deszcze ulewne, których wiosna nie skąpiła; tym razem jednak, podszycie ziemskie otaczało miłe ciepło uchodzące z ognistych wstęg, każdy szkopuł ubierając w piękny blichtr szat. Odchyliła głowę na moment, pozwalając oblać się słonecznymi językami, uwydatnić nieliczne piegi i miło otulić wysokie, wyraziste kości policzkowe. Istotnie, ten dzień umykał w rytm gehenny, niechcenia i tej przeklętej ludzkiej krzątaniny. Westchnięcie opuściło jej zaklęte w marmur usta, aby po chwili powróciła wzorkiem do rozmówcy – niezainteresowana konwersacją jak zawsze.
– Nie? A myślałam, że rodzice tak chętnie chwalą się pociechami – wypluła z siebie słowa opływające ironią, a kącik jej warg drgnął miękko, nie skłaniając jednak oblicza do uśmiechu. Zblazowany wyraz twarzy gościł nań niezmiennie, wikłając w posturę przymioty bliskie do obraźliwości.
Otworzyła teatralnie oczy na jego pytanie, aby po lichych sekundach skrócić dystans ich dzielący. Uniosła dłoń, aby chwytając go za kołnierz, zbliżyć niebezpiecznie do siebie.
– Tak naprawdę, to zgadłeś. Pasjonuję się zbieraniem sowiego gówna. Pamiętasz te babeczki, które raz przyniosłam w ramach poczęstunku? Nie? Ja też nie. – Wzięła solidny haust powietrza. – Nawet Avery z biura aurorów stwierdził żartobliwie, że polewa przypomina odchody… – zatrzymała się, nadając teatralnej nuty całokształtowi. – Nie tylko przypominała.
Skłaniała ludzi do otwierania połów umysłu; jej obojętność wyrysowana w ostrych rysach twarzy, z niewiadomej przyczyny zbliżała wiele istnień, tak jakby potrzebowała tych niewiadomych sputników wirujących wokół jej orbit. Cofnęła dłoń, aby po chwili odsunąć się na dystans, który był niejako zdrowy; niejako taki, który nie sugerował zdrożnego.
– Och nie – rzekła z kamiennym wyrazem twarzy, zdobywając się na jak najbardziej oschły i oziębły ton, który miała w arsenale. – Jak to robisz, Rookwood, że wyciągasz ze mnie wszystkie brudne tajemnice – dodała po chwili, przeciągając wyraźnie sylaby w słowie „wszystkie”. Przypominała bardziej płytę nagrobną, aniżeli żywą, oddychającą personę.