Patrick zupełnie się pomylił. Victoria do dzisiaj w sprawę była zaagnażowana kompletnie zerowo. Nie szukała ocalałych po Beltane, nie badała Kniei… Weszła do niej tydzień po atakach, ale nie ze względu na jakieś widma czy innych zagubionych, a dlatego, że mugol z Doliny biegł przerażony i krzyczał coś o zębatych paszczach.
– To dziwne, w Biurze sporo o tym gadali. Chcesz skrót? To słuchaj. Jakiś mugol wrzeszczał o stworach z zębami to pobiegłyśmy sprawdzić, a tam stado błotoryjów, w ogóle nie tam gdzie powinny być, bo nigdy się tak blisko Doliny Godryka nie zbliżały. I oczywiście nas zaatakowały – przekrzywiła głowę wpatrując się znowu w Brennę. To nie był dobry dzień, wtedy. Bo nigdy nie chciała być pokryta od stóp do głowy wnętrznościami błotoryja. – Udało nam się je przegonić, jednego nawet złapałyśmy. Wydział Zwierząt miał potem trochę zabawy z odławianiem ich – darowała sobie crème de la crème tej historii. – Tak, no, myślałyśmy, że to wichura zniszczyła ich leże i że musiały szukać sobie innego miejsca – nic o widmach, nic o Longbottomie. Bo Victoria nie miała pojęcia co mu się właściwie stało.
Zastanowiła się nad słowami Patricka. Faktycznie… nie widziała tam żadnych śladów zwierząt, a przyglądała się. Tylko, że wtedy nie wydało to jej się ani trochę dziwne. Natomiast kiedy Steward o tym wspomniał…
– Faktycznie… Masz rację. Wokół jej chaty nie było żadnych śladów. Ale rośliny wyglądały za to całkowicie normalnie – przekrzywiła nieco głowę w zastanowieniu.
– Co wy. O czym wy gadacie – nie wytrzymała w końcu. Jakie ciało zmarłego. Jakie zginął wcześniej. Jakie „jestem pewna”. Patrzyła to na Brennę, to na Patricka, to na Laurenta. Teraz do niej dotarło, że Laurent gadał coś o martwej osobie. – Jakie pożywianie się na martwych – ten pomysł w ogóle ją przerażał. A gdyby odłożyć go na bok, to w ogóle… co. Laurent sugerował coś takiego, a wcześniej sam się do tego cholerstwa zbliżał? Lestrange przestawała rozumieć co tu się dzieje. Nie miała pojęcia jak głęboko byli umaczani w tej sprawie. Ale teraz przyszło jej do głowy, że sugestia Brenny o Patronusie nie wzięła się tylko z przeczucia. Za to nie zamierzała zdradzać przed nimi swoich myśli i emocji – świadectwem tego, że coś się działo, że niekoniecznie jej się podobało co tu się dzieje, była pozbawiona jakichkolwiek emocji twarz aurorki. Nie każdy wiedział, że była oklumentą… ale Patrick z pewnością zdawał sobie sprawę, jeśli kiedykolwiek próbował (albo całkowicie przypadkowo) odczytywać jej aurę.
– A co to ma wspólnego z informowaniem jeśli czegoś się dowiemy? – jedno to móc przekazywać informacje, a drugie to… walczyć z całym Ministerstwem o zmianę głupkowatego prawa. Bo tak, było głupkowate. Kto nie posiadł zdolności Fal nie mógł się nawet szybko skontaktować i wezwać Patronusem pomocy. – Nie wiem czy to odpowiedni moment na tę rozmowę – na złość na Ministerstwo i inne… Victoria już się nie złościła. Po prostu robiła swoje, ani słowem nie mówiąc o tym, ze widzi jak jej koledzy i koleżanki tworzą patronusy żeby bronić siebie i innych. A kiedy Ministerstwo się obudzi i coś zrobi? Ta, to było ciekawe. Na Beltane wysłali ich tak naprawdę garstkę i jak to się skończyło? Lestrange podejrzewała, że władze już dawno są pod butem Voldemorta, dlatego tak to wygląda.
Tknęły ją słowa Michaela. Jeśli te widma zakłócały prawa natury, to co robiła ona, Patrick, Mavelle i Atreus? Nie odpowiedziała. Po prostu zacisnęła mocniej dłoń. Jeśli widma były wybrykiem natury to ona też.