Och, gdyby tylko wiedział, jak blisko było temu aniołowi do Flynna, albo że stojąc przed lustrem widziała w sobie bestię chyba nie mógłby siadać na tym rozłożonym kocu, tylko podszedłby do niej, by ją czule objąć. Jeśli gdzieś na tym świecie było bezpieczne miejsce pozbawione widma ciężaru i strachu, to mogło stać się tutaj - chociaż na parę chwil. Na tej polanie, z dala od miejskiej wrzawy i zgiełku. Opowiadałyby o tym tylko brzozy i świerki, ćwierkały o tym ptaki, które na razie przynosiły ze sobą westchnienia wszystkich osób, jakie tutaj były - ale żadna z nich jeszcze nie opiewała nad sekretami tego, co mogło wokół nich zawirować. A sam Flynn? Laurent miał okazję go poznać w czasach, o których obaj chcieli zapomnieć. Zostawić za swoimi plecami i nigdy do nich nie wracać - tak byłoby najlepiej. Szczęśliwi odratowańcy, którym skapnęło trochę złota z pańskiego stołu, kiedy spisek został zapięty na ostatni guzik. Blondyn nie sądził, że kiedykolwiek się o niego otrze, a tym bardziej nie sądził, że prowodyrem takiego spotkania mogłaby być właśnie ta ognistowłosa pannica, która wdzięczyła się przed nim ze wszystkimi swoimi urokami.
- Mogłabyś. - Posiadanie marzeń było piękne i warto było wierzyć w ich spełnienie. Warto było do nich dążyć, próbować je spełniać, tworzyć nawet plan, po którym małymi kroczkami można było się poruszać do przodu i go wypełniać. Nie wszyscy jednak mieli tyle samozaparcia i nie wszyscy mieli do tego idealne możliwości. Niektóre drogi były cięższe, a ten ciężar zazwyczaj nie był nawet podyktowany warunkami, tylko ludźmi wokół. Osobami, które nie mogły cię wesprzeć, kiedy tego najbardziej potrzebowałeś i nie pomagały w dotarciu do celu. Niektórzy wręcz mówili, że to głupota, co robisz, że nie dasz rady, przestań, zostań tam, gdzie jesteś. Prewett naprawdę nie lubił takich osób. Rozumiał, że niektóre z pomysłów naprawdę wymagały weryfikacji, że niektóre z nich były niemądre, nieprzemyślane - wtedy rzeczywiście należało takiej osobie pomóc uświadomić sobie, że może popełnić błąd lub doradzić, jak zrobić to lepiej, na co zamienić, szukać alternatyw. Ale podcinanie skrzydeł tylko dlatego, że "lepiej jest jak jest"? Tego nie rozumiał. To było krzywdzące. Niesprawiedliwe. - Bardzo lubię zwiedzać odległe kraje, więc rozumiem twój punkt widzenia. - To nie tak, że przyganiał i nie pochwalał jej życia, albo że chciał ją namówić nagle na zmianę, oj nie! Zagadywał z ciekawości, żeby zobaczyć, jak ona to widzi, ale to było rzeczywiście jasne, tak jak założył tych parę dni temu przy ich spotkaniu. Elaine była ptakiem, który sądził, że siedzenie w klatce to choroba. Podpięcie jej złotego łańcuszka do nóżki byłoby tym, co ją przedwcześnie zabije. - Czasem udaje mi się gdzieś wyjechać, ale nie mam na to czasu. Wszystko w mojej pracy wymaga doglądania. - I obecności na miejscu. Poza tym zawsze się stresował, że jeśli tylko coś zostawi takim, jakie jest, same sobie, to coś się zepsuje, będzie potem wymagało jego większej uwagi, a gdyby tylko był na miejscu to tragedii od razu dałoby się uniknąć. Z takim sposobem myślenia było oczywiste, że jakiekolwiek zostawienie rezerwatu było okupione czymś więcej niż "po prostu wakacjami".
- Bardzo się cieszę. - Chciał w pierwszym odruchu zapytać "naprawdę?", a to zdziwienie pierwszej chwili i tak było na nim widoczne. Szybko zniknęło. Laurent się powstrzymał, bo bardzo szybko dotarło do niego, że to chyba jednak nic bardzo dziwnego? Laurent obracał się głównie wokół bogaczy, albo przynajmniej osób żyjących w wysokich standardach. Nie miał doświadczenia z osobami z... niższego progu urodzenia. Pewne granice były aż nader widoczne, kiedy się o takowych ocierał. Inna mentalność, nawet inne podejście do życia. Co nie znaczy, że widział między nimi przepaści, albo że nie chciał z takimi osobami się zadawać. Jedyna jego obawa była zawsze taka, czy takie relacje naprawdę były wiązane ze względu na to, że lubisz charakter drugiej osoby, czy może jednak...
- Bardzo się cieszę też z tego, że rozpoznajesz mnie od strony "lubi dobre jedzenie". - Zaśmiał się, otwierając chwilę przed tym szerzej oczy na jej słowa o "pakowaniu się w tarapaty". Dobrze ujęte. W zasadzie to nie mógł zaprzeczyć. A cieszył się, ponieważ ludzie go jednak kojarzyli z tego, że... nie jadł. I z jedzeniem miał problemy. - Chodziłem. W Hogwarcie... - I zaczął jej opowiadać. Niekoniecznie o sobie samym - o Hogwarcie. O domach, o tym, co sobą reprezentują i ich krótkie historie stwórców, jak łatwo się tam zgubić, bo magiczny zamek pełen jest sekretów. A Laurent potrafił dobrze opowiadać.