12 stycznia 1972
Sala balowa
Perseus Black i Loretta Lestrange
Blichtr tandetnych tkanin, zamienianych każdorazowo w lśniący przepych przez języki jasności uchodzące z wirujących przy podszyciu sali bankietowej świec; wirujące panny, ich srebrne buty wzburzające salwy miałkiego, migotliwego kurzu; piżmowy zapach perfum moszczący się w ich łabędzich szyjach i sztywne ramy, w których w ryzach trzymali je dżentelmeni. Uśmiechy rzucane kurtuazyjnie, small talk dzisiejszych czasów i brak w gruncie rzeczy zainteresowania – te faktory uplotły wianuszek kobiet wokół Lestrange – posiadała wszak jednającą pogodę ducha, pięknie woalującą zepsucie i przegnicie duszy, jej okrucieństwa, magirasistowskich zapędów oraz braku skrupułów. Pod przyjemnym dla oka wygięciem karminowych warg, kryła się absolutna złość – jeszcze nie przechorowała rozstania z Leandrem, a gotowa udusić go gołymi rękami, czy utopić w raptem łyżce wody, drżała wewnętrznie.
Kulturalnym skinięciem głowy pożegnała panny, wyplątując się z ich okręgu, przemykając między wydatnymi, drapieżnymi sylwetkami. Chwyciła przy okazji jeden z kieliszków szampana, wirujących na tacach między gośćmi; umoczenie ponownie warg, ślad szminki pozostawiony na szkle, zmrużenie ocząt przeczesujących ciżbę zgromadzonych.
Wystawiane przez nią imprezę mogłyby konkurować z tymi, które wyprawiał Gatsby. Brokat, błysk, wirujący na parkiecie czarodzieje, stukot obcasów, schludne upięcia włosów, duszna atmosfera perfum i sypkiego pudru spoczywającego na rumianych obliczach.
Ona sama prezentowała się nienagannie, a granatowa sukienka wyplatana cyrkoniami przypominała sam nieboskłon, otulając ją miękko w talii, ciągnęła się do kolan, przylegając do sylwetki. Dłonie i przedramiona okryte były jedwabnymi rękawiczkami, a całokształt jej ruchów przypominał lekkie sunięcie w eterze. Bogato zdobione kolczyki sunęły po puklach czarnych włosów, aby zatrzymać się nad linią ramion, a sylwetka zdawała się być odrobinę wyższa, za sprawą wysokich obcasów.
Sunęła wzrokiem, aż natrafiła na Blacka, zajętego rozmową z osobistością należącą niechybnie do ważnych; nie chciała niegrzecznie wcinać się w konwersację, więc chwytając kolejny kieliszek szampana, odczekała parę minut, nim ruszyła ku Perseusowi.
– Kogo moje oczy widzą! – rzuciła, udając szczerozłote zdziwienie. – Gdzie zgubiłeś kompanię? Czyżbyś przybył sam? – spytała miękko, unosząc brwi.
– Nie pozwolę ci opuścić tej sali, póki ze mną nie zatańczysz – rzuciła po chwili, odkładając kieliszek na tacę.
Istotnie, szum tworzył lekki rozgardiasz w jej głowie, wiedziony dłonią alkoholowej rozpusty. Zachowywała jednak normę swojego jestestwa, nie chybotała się na wysokich obcasach – jeśli wierzyć plotkom, wręcz się w nich urodziła – a język w żadnej mierze się nie plątał. Procenty jednak wprawiły ją w zaskakująco dobry humor, malując krystaliczny uśmiech na obliczu.