Widziała jak Erik i Geraldine próbują rzucić swoje zaklęcia, widziała machnięcia różdżkami i… zero jakiegokolwiek efektu, zupełnie nic się nie stało… Przynajmniej z początku. Bo po chwili zostali odepchnięci jakąś niewidzialną mocą. Nie wyglądało to w ogóle, jakby trup jakkolwiek się zmęczył, w ogóle nie zwracał na nich uwagi, nie patrzył w ich kierunku, nie ruszał się. Siedział prosty jak struna (albo to tylko było wrażenie sprawiane przez widoczne kości, jakieś pozostałości ścięgien…) i patrzył na nią, na Victorię… Ale przynajmniej wyglądało na to, że nie próbował już nikogo dusić. Sama Lestrange nie zrobiła żadnego kroku w stronę towarzyszy, bała się zerwać kontakt, jaki nawiązała z tą istotą, bo wyglądało na to, że stracił zainteresowanie Erikiem i Gerry, mogli się więc pozbierać mniej czy bardziej spokojnie.
– Statek zatapia się i wynurza co jakiś czas – mruknęła, kiedy skończył mówić. To, co powiedział, o koszmarze, budzeniu się, przeżywaniu go znowu… – Zwabia do siebie ludzi. My też… Widzieliśmy kawałek oczami kogoś kto na statku był – dodała, układając to sobie w głowie. Potwór na dnie, Marianne – przynajmniej wiedziała jak wygląda, pokazał jej, jakieś perły… Cholera. Co tu się stało?
Geraldine znowu to zrobiła. Rzuciła się do biegu, z powrotem drogą, którą tutaj przyszli. Ale i Victoria uważała, że to dobra decyzja. Nic tutaj nie zrobią. Trup powiedział wyraźnie, że TRZYMA ICH co innego. Trzeba było… Przerwać to. Skończyć raz na zawsze.
– Tak – przyznała Erikowi. – Przerwiemy ten cykl. Zaznacie w końcu spokój – rzuciła jeszcze na odchodne mężczyźnie… albo temu co z niego zostało i ruszyła tuż za Erikiem, modląc się w duchu, by tamten nie stracił kontroli właśnie teraz, kiedy dał im informacje i postanowili się stąd ulotnić. Modliła się też, żeby reszta wciąż się trzymała. Żeby nie było za późno.