10.11.2022, 02:07 ✶
„Naprawdę tak trudno było spostrzec, że coś było z nią nie tak?”
Słowa te odbijały się echem pod kopułą czaszki, zatapiały swe paznokcie w zbolałych skroniach, przebijały się przez skórę, przeszywały na wskroś wnętrzności, kruszyły kości i wgryzały się głęboko, zostawiając na duszy ślad zębów. Ciężar oskarżeń osiadł na jego ramionach, docisnął jego wiotkie ciało do podłogi, uniemożliwił ucieczkę. Na podniebieniu rozlał się metaliczny smak krwi z rozgryzionego policzka, a Perseus nagle poczuł, że malachitowy krawat zaciska się wokół jego szyi niczym wąż duszący ofiarę. Próbował ku niemu sięgnąć, wyswobodzić się z jego uścisku, lecz jego dłonie zrobiły się jak z ołowiu. Nie był nawet w stanie oblizać spierzchniętych warg.
Stał więc w niemym bezruchu, przyjmując każdy atak ze strony Elliotta — swego przyjaciela i dawnej miłości, dla którego gotów był czynić rzeczy odważne i wzniosłe, szalone i piękne, a także zatrważające w swej obmierzłości. Przez ponad dwie dekady ich znajomości pragnął stać się jego oparciem i tarczą; ramieniem, na którym będzie mógł złożyć głowę, gdy zabraknie mu tchu, fortecą, za której murami odnajdzie schronienie przed spustoszeniem sianym przez nawałnice.
Pragnął stać się w jego oczach godnym. Chociaż w jego oczach.
Częściej to jednak Perseus zmuszony był szukać miejsca, w którym będzie mógł przetrwać szalejącą zawieruchę. Z ich dwojga to on był delikatniejszy — nadwrażliwy. Pełen wątpliwości pośród cudzych pewności, subtelny w obyciu ze skałami, widzący więcej, czujący mocniej, nieodporny na ból rozdzierający serca mu bliskich, tchórzliwy i pełen poczucia obowiązku wobec ludzi, którzy nie odwdzięczyliby mu się tym samym. Dostrzegający swe odbicie w sarnich oczach paryskiego chłopaka, który wyskoczył z czwartego piętra, z okrzykiem „niech żyje śmierć!” rozdzierającym płuca. Żałośnie nieporadny wobec popielatości codzienności, za to znający na pamięć ścieżki absurdu; nieprzystosowany do tego, jak powinien żyć. Zachłanny zarówno w miłości, jak i przyjaźni.
Naturalnie zatem podziwiał więc Elliotta; jego opanowanie i charyzmę. Uśmiech na jasnym licu, choć wewnątrz tonął w rozpaczy, nieokazywanie lęku, gdy jego życie przypominało płonący dom; języki ognia mogły strawić wszystko wokół Malfoya, lecz on pozostawał nietknięty. Fale mogły jedynie rozbijać się o jego sylwetkę, a on wciąż trwał w tym samym miejscu. Był światłem przyciągającym do siebie ćmy, niedoścignionym ideałem, jedną z gwiazd na odległym niebie. I nawet jeśli krył się za tym fałsz, nawet jeśli aura Elliotta zdradzała jego prawdziwe emocje, Perseus wciąż pozostawał pod jego silnym wpływem.
Poszedłby za nim wszędzie. Odnalazłby odwagę, aby wejść w najciemniejszą noc, jeżeli tylko słyszałby przed sobą kroki przyjaciela. Rzuciłby się otchłań, gdyby tylko od tego wymagał. Byłby przy nim w najczarniejszej godzinie.
Nigdy nie rozumiał, dlaczego to właśnie jego wybrał na swojego przyjaciela, kompana młodzieńczych wybryków, powiernika, kochanka. Nigdy też nie był w stanie zebrać w sobie wystarczająco dużo sił, aby zadać to pytanie. Obawiał się, że odpowiedź mogłaby okazać się rozczarowująca.
Mógł tylko znosić zadawane mu ciosy, a tych z kolei Elliott mu nie szczędził. Nie krępuj się, myślał, ani na moment nie odwracając swojego spojrzenia. Przelej na mnie cały swój gniew, złam mnie, zniszcz mnie, znajdź ukojenie w rozszarpywaniu mnie na kawałki.
Byłoby znacznie łatwiej, gdyby Elliott zdecydował się posunąć do rękoczynów; policzek odciśnięty na policzku bolał znacznie mniej, niż rany, które miał po sobie zostawić na jego psyche. Perseus jednak nie potrafił być na niego zły, nie umiał przeobrazić goryczy wylewającej się z ust Malfoya w urazę. Wiedział przecież, że dawny druh jest w tej sytuacji nie mniej zagubiony, niż on sam.
— Już dobrze — odparł z łagodnym w swej osjaniczności uśmiechem, gdy Elliott zaczął brać całą winę na siebie. Black należał do ludzi, którzy cały ciężar świata dźwigać chcieliby na własnych barkach — Będzie dobrze. Jeszcze nie dziś, ani nie jutro, być może nawet nie za rok, ale obiecuję ci, że będzie lepiej. Z czasem wszystko wydaje się mniej… trudne. Musisz tylko dać mu zrobić swoje. Musisz dać sobie czas.
Aurowidzenie wymagało od Perseusa coraz większego skupienia, lecz nie poddawał się, obserwując migoczące kolory. Drugi raz nie popełni tego samego błędu. Przyznać jednak musiał, że barwy tańczące wokół sylwetki Elliotta jawiły mu się jako nader wszystko zadziwiające; większość czarodziejów znanych magipsychiatrze miała zazwyczaj jednolite aury, sporadycznie przeplatane drugim lub trzecim kolorem. To, co właśnie przed sobą widział przypominało rozbłyski, narodziny i ostatnie chwile gwiazd z odległych galaktykach.
Dostrzegł słabowite przebłyski rozpaczy; prędko zduszone przez inne kolory, spychane przez nie na dno, jak obrzydliwy sekret zamiatany przez dywan. Pytanie o alkohol zdawało się zwrócić mu władzę nad ciałem. Oparł więc laskę o biurko, z którego szafki następnie wyciągnął butelkę ginu oraz dwa kieliszki. Odstawił je na blat, a sam pokuśtykał (potrafił się poruszać bez wsparcia, choć był przy tym niezdarny i mało elegancki) w stronę Elliotta. Usiadł na podłokietniku zajmowanego przez mężczyznę fotela, a następnie objął go ramieniem i przyciągnął do siebie. Mocno, najmocniej jak potrafił, jakby uścisk ten miał ochronić Malfoya przed całkowitą rozsypką. Tak mocno, że czuł jego unoszącą się klatkę piersiową na swoją własnej. A potem wsunął palce w jasne włosy i złożył pocałunek na jego czole.
— Jestem przy tobie — wyszeptał.
Zawsze byłem.
Słowa te odbijały się echem pod kopułą czaszki, zatapiały swe paznokcie w zbolałych skroniach, przebijały się przez skórę, przeszywały na wskroś wnętrzności, kruszyły kości i wgryzały się głęboko, zostawiając na duszy ślad zębów. Ciężar oskarżeń osiadł na jego ramionach, docisnął jego wiotkie ciało do podłogi, uniemożliwił ucieczkę. Na podniebieniu rozlał się metaliczny smak krwi z rozgryzionego policzka, a Perseus nagle poczuł, że malachitowy krawat zaciska się wokół jego szyi niczym wąż duszący ofiarę. Próbował ku niemu sięgnąć, wyswobodzić się z jego uścisku, lecz jego dłonie zrobiły się jak z ołowiu. Nie był nawet w stanie oblizać spierzchniętych warg.
Stał więc w niemym bezruchu, przyjmując każdy atak ze strony Elliotta — swego przyjaciela i dawnej miłości, dla którego gotów był czynić rzeczy odważne i wzniosłe, szalone i piękne, a także zatrważające w swej obmierzłości. Przez ponad dwie dekady ich znajomości pragnął stać się jego oparciem i tarczą; ramieniem, na którym będzie mógł złożyć głowę, gdy zabraknie mu tchu, fortecą, za której murami odnajdzie schronienie przed spustoszeniem sianym przez nawałnice.
Pragnął stać się w jego oczach godnym. Chociaż w jego oczach.
Częściej to jednak Perseus zmuszony był szukać miejsca, w którym będzie mógł przetrwać szalejącą zawieruchę. Z ich dwojga to on był delikatniejszy — nadwrażliwy. Pełen wątpliwości pośród cudzych pewności, subtelny w obyciu ze skałami, widzący więcej, czujący mocniej, nieodporny na ból rozdzierający serca mu bliskich, tchórzliwy i pełen poczucia obowiązku wobec ludzi, którzy nie odwdzięczyliby mu się tym samym. Dostrzegający swe odbicie w sarnich oczach paryskiego chłopaka, który wyskoczył z czwartego piętra, z okrzykiem „niech żyje śmierć!” rozdzierającym płuca. Żałośnie nieporadny wobec popielatości codzienności, za to znający na pamięć ścieżki absurdu; nieprzystosowany do tego, jak powinien żyć. Zachłanny zarówno w miłości, jak i przyjaźni.
Naturalnie zatem podziwiał więc Elliotta; jego opanowanie i charyzmę. Uśmiech na jasnym licu, choć wewnątrz tonął w rozpaczy, nieokazywanie lęku, gdy jego życie przypominało płonący dom; języki ognia mogły strawić wszystko wokół Malfoya, lecz on pozostawał nietknięty. Fale mogły jedynie rozbijać się o jego sylwetkę, a on wciąż trwał w tym samym miejscu. Był światłem przyciągającym do siebie ćmy, niedoścignionym ideałem, jedną z gwiazd na odległym niebie. I nawet jeśli krył się za tym fałsz, nawet jeśli aura Elliotta zdradzała jego prawdziwe emocje, Perseus wciąż pozostawał pod jego silnym wpływem.
Poszedłby za nim wszędzie. Odnalazłby odwagę, aby wejść w najciemniejszą noc, jeżeli tylko słyszałby przed sobą kroki przyjaciela. Rzuciłby się otchłań, gdyby tylko od tego wymagał. Byłby przy nim w najczarniejszej godzinie.
Nigdy nie rozumiał, dlaczego to właśnie jego wybrał na swojego przyjaciela, kompana młodzieńczych wybryków, powiernika, kochanka. Nigdy też nie był w stanie zebrać w sobie wystarczająco dużo sił, aby zadać to pytanie. Obawiał się, że odpowiedź mogłaby okazać się rozczarowująca.
Mógł tylko znosić zadawane mu ciosy, a tych z kolei Elliott mu nie szczędził. Nie krępuj się, myślał, ani na moment nie odwracając swojego spojrzenia. Przelej na mnie cały swój gniew, złam mnie, zniszcz mnie, znajdź ukojenie w rozszarpywaniu mnie na kawałki.
Byłoby znacznie łatwiej, gdyby Elliott zdecydował się posunąć do rękoczynów; policzek odciśnięty na policzku bolał znacznie mniej, niż rany, które miał po sobie zostawić na jego psyche. Perseus jednak nie potrafił być na niego zły, nie umiał przeobrazić goryczy wylewającej się z ust Malfoya w urazę. Wiedział przecież, że dawny druh jest w tej sytuacji nie mniej zagubiony, niż on sam.
— Już dobrze — odparł z łagodnym w swej osjaniczności uśmiechem, gdy Elliott zaczął brać całą winę na siebie. Black należał do ludzi, którzy cały ciężar świata dźwigać chcieliby na własnych barkach — Będzie dobrze. Jeszcze nie dziś, ani nie jutro, być może nawet nie za rok, ale obiecuję ci, że będzie lepiej. Z czasem wszystko wydaje się mniej… trudne. Musisz tylko dać mu zrobić swoje. Musisz dać sobie czas.
Aurowidzenie wymagało od Perseusa coraz większego skupienia, lecz nie poddawał się, obserwując migoczące kolory. Drugi raz nie popełni tego samego błędu. Przyznać jednak musiał, że barwy tańczące wokół sylwetki Elliotta jawiły mu się jako nader wszystko zadziwiające; większość czarodziejów znanych magipsychiatrze miała zazwyczaj jednolite aury, sporadycznie przeplatane drugim lub trzecim kolorem. To, co właśnie przed sobą widział przypominało rozbłyski, narodziny i ostatnie chwile gwiazd z odległych galaktykach.
Dostrzegł słabowite przebłyski rozpaczy; prędko zduszone przez inne kolory, spychane przez nie na dno, jak obrzydliwy sekret zamiatany przez dywan. Pytanie o alkohol zdawało się zwrócić mu władzę nad ciałem. Oparł więc laskę o biurko, z którego szafki następnie wyciągnął butelkę ginu oraz dwa kieliszki. Odstawił je na blat, a sam pokuśtykał (potrafił się poruszać bez wsparcia, choć był przy tym niezdarny i mało elegancki) w stronę Elliotta. Usiadł na podłokietniku zajmowanego przez mężczyznę fotela, a następnie objął go ramieniem i przyciągnął do siebie. Mocno, najmocniej jak potrafił, jakby uścisk ten miał ochronić Malfoya przed całkowitą rozsypką. Tak mocno, że czuł jego unoszącą się klatkę piersiową na swoją własnej. A potem wsunął palce w jasne włosy i złożył pocałunek na jego czole.
— Jestem przy tobie — wyszeptał.
Zawsze byłem.