Było jej bardzo miło, że Laurent w ogóle o niej pomyślał. Nie znała w Anglii prawie nikogo, a Prewett wywoływał przyjemne wspomnienia i uczucia, uśmiechała się więc, kiedy odpisywała mu na listy. I również z uśmiechem wyłoniła się z ognia w kominku, którym się do Doliny Godryka przetransportowała, trzymając w dłoni ewidentnie przetransmutowaną do wersji mini miskę z pokrywką. Była bardzo praktyczną czarownicą, lubiła używać magii a coś takiego jak pomniejszenie przedmiotów by łatwiej coś było przenieść i zmieścić należało zdecydowanie do zaklęć użytku codziennego w repertuarze Ginevry. Jeśli jednak Laurent chciał to nieść i się nie namęczyć… to oczywiście mu przekazała, jak dżentelmenowi wypadało.
Z ciekawością wysłuchała historii o widmach, które żywią się energią ludzi, notując w pamięci, by do tego ciemnego lasu się nie udawać. Zadała kilka pytań, podzieliła się swoimi uwagami, a nawet gdyby wymsknęły mu się jakieś nazwiska, to istniała duża szansa, że i tak by ich nie zapamiętała ani nie skojarzyła. Temat ją zainteresował bo nie przypominała sobie, żeby słyszała coś podobnego, a w końcu w Uagadou o duchach, widmach i innych takich nauczano normalnie w toku szkoły, w podstawach jakie opanowywał każdy uczeń (jak też o wywoływaniu duchów, czego zdaje się w Hogwarcie normalnie nie uczono wcale) – zresztą podzieliła się tym spostrzeżeniem, obiecując, że się nad tematem zastanowi, jeśli to mogłoby jakoś pomóc.
Gdy Laurent przystanął, przystanęła i ona, leniwie spoglądając w niebo. Słońce właśnie powinno się schować, malując niebo ostatnimi błyskami, czerwienią i fioletem, a zamiast tego… ciągle było na miejscu, chociaż panował półmrok. Ginevra widziała wszystko wyraźnie, niemalże tak, jakby przetransmutowała swoje oczy w oczy kota, a przecież tego nie robiła. Było cicho, jak w nocy, wiatr nie wiał. Panował taki spokój… Taka cisza. Nie było nawet przesadnie chłodno, chociaż Ginny miała narzucony na siebie sweterek, spod którego wystawała wzorzysta, długa, pastelowa spódnica w roślinne i geometryczne wzorki – bardzo orientalna. Czuła to. Tę… jedność. Jedność z naturą. I księżyc, który na niebie dotrzymywał towarzystwa słońcu… Uśmiechnęła się.
– Dobry wieczór – powtórzyła za Laurentem do zebranego towarzystwa – mówiła z akcentem, od razu słychać było, że nie jest stąd. Stanęła z boku, nie chcąc wejść w drogę, kiedy Prewett witał się ze swoimi znajomymi i przyjaciółmi. – Cześć – dodała, kiedy Laurent ją przedstawił, starała się zapamiętać imiona ludzi, których jej wymienił – nie było ich zbyt wiele, więc sądziła, że nie będzie miała zbyt wiele problemów na tym polu. – Miło mi was poznać – bo naprawdę było jej miło! Guinevere była raczej z tych bardziej towarzyskich osób, niż zamkniętych w sobie, na ten moment jednak zupełnie nie wiedziała czego się spodziewać, wolała więc zbadać nieco teren. Chociaż Hjalmar… Jego imię i wygląd zupełnie nie sprawiały wrażenia angielskich.
Swoją malutką miseczkę też położyła na stole. Zaraz sięgnęła jednak po różdżkę, by przywrócić naczyniu jego pierwotny rozmiar. Laurent wspomniał jej o przyniesieniu czegoś, więc przygotowała jedną z egipskich potraw, shoarmę, upiekła też kilka kilkanaście placków.
Szamka dla wszystkich