Jej pierścionek leniwie zdobił palec serdeczny, jak zwykle od dwóch miesięcy. Przywykła już do niego, czasami okręcała go nerwowo wokół palca, ale zazwyczaj leżał sobie spokojnie, jedyna ozdoba jej dłoni. Sądziła, że nie przyzwyczai się do pierścionka – ten poprzedni więcej ściągała niż nosiła, nie znosiła wszystkiego co z nim związane, ale ten… Nawet jeśli wiedziała, że był wybrany przez jej rodziców, a nie przez mężczyznę, który szedł właśnie obok, to jakoś… przedmioty związane myślami z konkretnymi osobami nie niosły ze sobą aż tyle ciężaru. Zastanawiała się czasem, czy może nie kupić sobie jeszcze innych pierścionków, nosić na przykład na palcu wskazującym, albo środkowym drugiej ręki – ale jakoś nigdy nie było czasu, ani nie była to potrzeba na tyle mocna, by wprowadzić ją w życie.
Sauriel wyglądał jak młodzieniec, przecież nie na swój wiek (a i stary nie był), zatrzymany w czasie, kiedy wampir położył na nim łapy. Czy musiał dorastać? Już dawno nie był małym chłopcem, może nawet nigdy nim tak do końca nie był… Miał swój styl i wygląd buntownika, ale czy to wszystko znaczyło, że miał się już zatrzymać w rozwoju? Czy nie dostał szansy na drugie życie, na to, by ciągle być tylko lepszą wersją siebie? Tylko od niego zależało jak tę szansę wykorzysta. Nikt nie kazał mu do końca swoich dni ubierać się ciągle tak samo, nikt nie kazał mu tkwić w miejscu, nigdy nie zweryfikować poglądów…
– Mhm – mruknęła, zerkając na niego kątem oka. Gdyby ją ktoś pytał o zdanie… a może właśnie pytał. Czy zagajenie Sauriela nie brzmiało właśnie jak pytanie jej o zdanie? – Mi się tak podobasz – powiedziała i dopiero kiedy słowa wyleciały z jej ust dotarło do niej znaczenie. Nie chciała go wprawić swoim zdaniem w dyskomfort, bo tutaj nie było żadnego drugiego dnia. – Znaczy… Uważam, że bardzo dobrze wyglądasz w koszulach – poprawiła się, chociaż… Ach. No pytał się już kiedyś, czy jej się podoba i znał odpowiedź: że tak. Nie było sensu zaprzeczać, tym niemniej… Nie chciała zostać źle zrozumiana bo przekaz nie był absolutnie dwuznaczny. Victoria nie była na to w nastroju a i była wręcz pewna, że Sauriel też nie był.
Cel został osiągnięty, bo swoim paplaniem sprawiła, że Sauriel wydobył z siebie nieco więcej słów. Usłyszała nawet prychnięcie. Czuła w kościach, że ta idiotyczna historia z życia wzięta go minimalnie rozrusza – a przynajmniej miała pewność, że ją w ogóle słuchał.
– No. Babka potem się upierała, że to mąż sąsiadki i że widziała, jak się przemienia w nocy i biegnie nago do domu. A później przysięgała, ze to musi być niezarejestrowany animag – puenta historii była wręcz… komiczna. I nieprawdopodobna. Ale jednak. – Eeej, mówiłam ci już, że to wilk, a nie pies – ale rozumiała żart z psem, sama go też nawet raz popełniła w stosunku do Brenny; Longbottom wspominała o czworonożnych psach w domu, a Victoria pomyślała o jej rodzinie w mundurach. Cusz. Ale roześmiała się przy tym do Sauriela, spoglądając na niego, nie patrząc za bardzo na okolicę. Wokół tyle się działo, ludzie, gwar, wieczór, ale jej świat w tym momencie ograniczał się właściwie tylko do mężczyzny, który szedł obok i do tego, żeby poprawić mu humor. Nie zauważyła nawet, że jej torebka nie była zamknięta, że wystarczyło wsadzić do niej rękę i…
[a]Poczuła delikatne popchnięcie, lekko się zatoczyła i wpadła na Sauriela.
– Uh, przepraszam, ja… HEJ! – w pierwszej chwili nie była pewna, czy straciła równowagę na tych szpilkach, czy co się stało, nie chciała wpadać na Sauriela, lecieć mu w ramiona i tworzyć niezręczną sytuację, ale wtedy dostrzegła chudego mężczyznę, który biegł co sił w nogach, popychając ludzi, a jej torebka… dyndała smętnie, otwarta. – STÓJ! – sięgnęła do torebki by wydobyć swoją odznakę aurora i wtedy poczuła… że nie ma jej portfela. Rzuciła się do przodu, co musiało być bardzo spektakularne, bo była na szpilkach.
W tym nie biegało się dobrze, ani szybko. A złodziejaszek biegł w stronę Nokturnu.