A cóż tu nie było złe. Czy to, ze to rodzice decydowali o szczęściu lub nieszczęściu własnych dzieci, nie licząc się z ich chceniem albo jego brakiem nie było gorsze? Czy wybieranie im ścieżki życiowej, partnera, a nierzadko również zawodu nie było złe? To, ze nie pozwalało się im mieć własnego zdania? I masz je prawdziwie dopiero, kiedy możesz kierować własnymi dziećmi. To, że istniejesz tylko po to, by te dzieci płodzisz… Victoria uważała, że to było sto razy gorsze od ślubu z wampirem. Bo wampir czy nie wampir – przestało to mieć dla niej znaczenie, patrzyła na niego jak na osobę. Przy nim… jakie były oczekiwania? Chyba nie takie, że urodzi gromadkę dzieci, co? Bo było to niemożliwe. Zresztą nie trzeba było być wampirem, albo żoną wampira, by dzieci nie mieć, niektóre pary jakoś nie mogły zajść w ciążę, niezależnie od starań ich samych i magimedyków, tak się czasami po prostu działo. Tak samo jak Lestrange zdawała sobie sprawę, że mając męża skończą się kombinacje, albo przynajmniej zmaleją. A jeśli rodzice będą chcieli rozwodu… to będą się mogli cmoknąć w nos, a nie nią kierować. Bo przecież już zrobiła co chciała i spełniła swoją rolę. Ale tak naprawdę to nie było wcale proste, bo wiązało się to z mnóstwem wyrzeczeń. Victoria jednak w swojej głowie była pewna, że wszystko da się wypracować. Sauriel mógł ją sobie nazywać naiwną i łatwowierną, ona swoje wiedziała. A kiedy sobie coś ubzdurała, to trudno było zmienić jej zdanie. Co nie znaczyło, że nie zaczęła kroków mających na celu zyskać dla niej niezależność od rodziców, niezależnie od ślubu czy jego braku. Zaś w jego przypadku nie zamierzała pozwolić, żeby Rookwoodowie roztrwonili jej naprawdę niemałe pieniądze.
To fakt, zawsze wyglądał dobrze, w wydaniu badboya w skórze również, ale jakoś w tych koszulach, wyprasowanych spodniach wyglądał… jak ktoś, z kim należało się liczyć. Więc tak, był to dobry pomysł, ale nie sądziła, że jakikolwiek pomysł faktycznie był.
Teraz przyszła jej kolej na parsknięcie, kiedy Sauriel podsunął pomysł, że to wcale nie był mąż, a kochanek kryjący się przed mężem. Tylko czemu srał do doniczek? Nie zdążyła tego wymyślić (i może wcale nie chciała, pewnych rzeczy naprawdę lepiej było nie wiedzieć), bo zapatrzyła się w uśmiech Sauriela, a potem…
Potem potoczyło się już szybko. Kruszynka jaką była dla Sauriela… ostatnio była nią nawet bardziej, bo po sprawie z Beltrane trochę zaniedbała regularne posiłki, a ostatnimi czasy bywało z nimi jeszcze gorzej, z pewnością więc straciła odrobinę na wadze. Ja jednak nie o tym… Kieszonkowiec przodem, Sauriel wystartował za nim, a Victoria na samym końcu. Zniknęli jej z pola widzenia bardzo szybko, zasłonieci przez ludzi i zaułek – a ona próbowała biec na paluszkach, aż w końcu przystanęła i warknęła, zamaszystym ruchem ściągając szpilki ze stópek. Złapała je w ręce za pięty i pobiegła na boso, ze zbolałą miną.
– Ał, ał, ał, ał, ał – wyrzucała z siebie co kawałek, kiedy co i rusz deptała jakiś kamyczek, a było ich po drodze sporo. Absolutnie nie była tak szybka jak złodziej i Sauriel, nie poruszała się jednak aż tak bardzo wolno – czego akurat można się było po niej spodziewać i po jej statycznym trybie życie. Poważnie wzięła się do treningów i te zaczęły przynosić jakieś efekty. Zobaczyła ich. Sauriel bardzo szybko dogonił młokosa, a Victoria z kolei czuła, że frustracja w niej narastała, najpierw te szpilki, potem ich brak i zdecydowanie bolące stopy. A poza tym musiała gołymi nóżkami dotykać brudnej ulicy – obrzydliwe. – Mówiłam STAĆ – krzyknęła kiedy ich zobaczyła, przystanęła i ze złością nawet rzuciła tą szpilką w ich stronę. Potrzebowała się zatrzymać, żeby wyciągnąć z torebki tę nieszczęsną odznakę, ale wcale nie była pewna czy zaraz znowu się coś nie odwali. Miała tylko nadzieje, ze skoro Sauriel go dogonił, to go chwilkę chociaż… przytrzyma.