Piękny, czarny bucik potoczył się ulicy, złodziejaszek miał szczęście, że Victoria w niego jakimś zrządzeniem losu nie trafiła. Ale zaraz szpilkę podniosła. Widziała za to, że Sauriel doganiał gnojka. Znowu na moment zniknęli jej z oczu, by kiedy wypadła zza zakrętu zobaczyć ich na ziemi. Szamotali się ze sobą, Sauriel przygniatał chłystka do ziemi, ale tamten jak szczupak jakoś się… wyślizgnął z uścisku i nawet sprzedał czarnowłosemu kopniaka. Wyglądał na takiego, który mógł zaboleć – a na pewno zabolałby ją.
I to sprawiło, że miarka się przebrała. Bo nikt nie będzie na jej oczach robił krzywdy Saurielowi. Aż się zagotowała. Sekundę później miała różdżkę w ręce i celowała w typa, który już się podniósł i złapał równowagę. W moment jego ciało oplotły liny, mocno i ciasno zaciskając się na jego tułowiu, przyciskając doń ręce, ściskając nogi, tak, że mógł zapomnieć tym, żeby się ruszyć i o ile nie potrafił korzystać z magii bez różdżki – no to faktycznie miał przechlapane. Bo Victoria, zła jak osa, chwilę później się z nimi zrównała.
– Ależ wdepnąłeś. Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów – wycedziła, celując różdżką w spętanego jegomościa. Wypuściła z dłoni buty, które gruchnęły o bruk, zanurkowała wolną dłonią do torebki i wyciągnęła odznakę aurora, którą podsunęła złodziejowi pod nos, żeby mógł sobie zobaczyć i przeczytać. Trudno ją było pomylić z czymkolwiek innym. Odznaka zaraz znalazła się z powrotem w torebce, a Victoria bezceremonialnie zaczęła przeszukiwać mężczyźnie kieszenie, patrząc na niego wymownie i ze złością. – Nie wygląda jak twoje – warknęła, wyciągając ewidentnie damską, złotą, wysadzaną brylantami bransoletkę. – I to też nie – skomentowała na widok ewidentnie złotego zegarka. – I to również – warknęła, kiedy zgarnęła swój portfel, który zaraz wylądował w torebce.
Bez słowa odwróciła się do Sauriela, żeby naprawić jego spodnie po tym, jak już się podniósł z ziemi i podeszła do niego, chwilowo ignorując złodzieja.
– Wszystko dobrze? Nic ci nie jest? Bardzo ci dziękuję – dodała jeszcze, miękko, uśmiechając się do niego przepraszająco. – Dasz mi dwadzieścia minut? Muszę zgarnąć naszego koleżkę do aresztu i zafundować mu niezapomnianą noc – nie chciała rezygnować z tego spotkania, nawet jeśli mieliby tylko siedzieć i sobie milczeć. Nie zamierzała się bawić w przesłuchiwanie gościa… to znaczy zamierzała, tylko nie od razu. Chciała poprosić kogoś, by go przetrzymał i sobie grzecznie poczekał, aż ona znajdzie dla niego czas w swoim CZASIE WOLNYM który zamierzała spędzić na WOLNYM a nie na pracy.
Kształtowanie
Sukces!
Sukces!