Dla Laurenta może był to obcy świat, ale Victoria mogła na dzisiejszy wieczór stać się jego przewodnikiem – bo znała, mniej czy bardziej, ale znała (a nie tylko kojarzyła) przewijających się wokół nich ludzi. Mogła mu wyszeptać na ucho kto jest synem kogo, kto jest kuzynem kogo i kto jest czyim mężem albo z kim zaręczony, a przynajmniej jeśli chodziło o ludzi bliżej lub dalej spokrewnionych z nią samą. Tych wszak tutaj nie brakowało, Louvain sprosił na to wydarzenie chyba całą rodzinę, by móc poczuć jedność i wsparcie w tak publicznym pojedynku i honor. Dla Victorii wygrana czy przegrana nie oznaczała, że ktoś miał, bądź nie miał, racji, nie zmieniało to faktów, które kto wie jakie naprawdę były – dla niej była to tylko okazja by zobaczyć się z dawno nie widzianymi ludźmi i pokazanie się w towarzystwie, nic więcej. Ale od czasu Beltane… nie miała okazji uczestniczyć w podobnym zbiegowisku, zobaczyć niektórych twarzy. Wiele się działo. Zbyt wiele jak na jej gust. Co… automatycznie powiodło jej myśli do siedzącego obok Vasilija. Otrzymała od niego list w maju i choć nie był nadmiernie odkrywczy, biorąc pod uwagę, ze cały czarodziejski świat Wielkiej Brytanii huczał miedzy innymi o niej i o tym, co jej się przydarzyło, to dla wydarzeń przyszłych wizja jaką Vakel zobaczył, była (niestety) niezmiernie trafna. Posłała mu wtedy słowa podziękowania, ale pomyślała sobie, że wypadałoby mu podziękować osobiście, skoro mieli okazję się spotkać.
– Vakelu, chciałam ci jeszcze raz podziękować za twój list z maja. Na pewno cię nie zdziwię, ale okazał się być proroczy – nieco się nachyliła w stronę Dolohova. Słowa listu sugerowały, że zobaczył rzeczy dotyczące całej rodziny. Miała nadzieję, że reszta nosząca nazwisko Lestrange miała więcej szczęścia niż ona sama i jej prawdziwie burzowe chmury.
Po chwili jednak nachylała się już z powrotem do Laurenta.
– Ach. Wszystko jasne – czy był więc rozdarty za kogo trzymać kciuki? Za przyjaciela Philipa? Wiedziała o nim tylko tyle, że był dupkiem (najwyraźniej sławni sportowcy tak mieli, bo o Lou krążyły kropka w kropkę te same historie), kobieciarzem i że był w jakiejś relacji z jej kuzynką. Nic więcej ją zresztą nie interesowało, bo nie był to człowiek, z którym sama utrzymywałaby jakieś znajomości; zupełnie inne kręgi. Czy może Laurent miał zamiar jednak kibicować koledze ze szkoły, albo własnemu kuzynowi, z którym był całkiem blisko? Nie zamierzała w to wnikać, bo nie chciała tego rozdarcia powiększać. Zamiast tego wsunęła dłoń pod jego ramię i nieco się pochyliła do przodu, bo oto bohaterowie tego wydarzenia w końcu weszli na arenę. Pojedynek miał się za chwilę zacząć. – Będziesz patrzeć czy zakrywasz oczy i mam ci streszczać? – zapytała z uśmiechem.