Jeszcze z oddali zagapiła się na półolbrzyma olbrzyma niosącego beczkę. Aż zamarła i po prostu śledziła wzrokiem jego chód, nawet się nie kryjąc, że zlustrowała go od góry do dołu, jakby miała w oczach miarkę mówiącą o dokładności jego wzrostu. Naliczyła dobre trzy metry i aż wypuściła głośno powietrze, kiedy postawił beczkę przy stole.
Ludzi przybywało i teraz była wręcz pewna, że w końcu zaczną jej się mylić te wszystkie imiona. Niby nie było tutaj tyle ludzi, niby nie tak dużo imion było do zapamiętania, ale kiedy w twojej rzeczywistości do niedawna angielskie imiona występowały głównie jako ciekawostka, a nie codzienność, to w końcu zaczyna się w głowie mylić. Ginevra bardzo się starała wszystkich zapamiętać, ale jak to jest – zapamiętujesz ostatecznie dwa, może trzy imiona, a później… Jakoś musisz sobie radzić. Na całe szczęście Ginny nie była nieśmiała, nie miała też problemu zagadać jeśli czegoś chciała, więc liczyła, że jakoś to pójdzie mniej czy bardziej gładko.
Uśmiechnęła się do Nory w odpowiedzi na jej promienny uśmiech – swoim równie wesołym, a później uścisnęła dłoń Brenny.
– W Egipcie też czasami pada – odpowiedziała odrobinkę tylko żartobliwie, bo z deszczem już od dawna była zaznajomiona. – Fakt, takich widoków tam nie ma – dodała, zerkając ponownie w niebo. To był… Chyba najpiękniejszy widok, jaki widziała, piękniejszy nawet niż niebo nad egipską pustynią w nocy. - Spróbuję zapamiętać. A pączków na pewno spróbuję – obiecała.
– Ginevra McGonagall – przedstawiła się teraz sama, nie bawiąc się w zawijasy swojego pełnego imienia i nieco go skracając. Uścisnęła wielką dłoń Dagura. Pomimo całkowicie angielskiego nazwiska, mówiła z wyraźnym akcentem. – O, naprawdę? I jak się podobało? Dla wielu osób jest zdecydowanie za ciepło i sucho – podłapała temat, a że nie była osobą, którą bardzo trzeba zachęcać do rozmowy to samo poleciało. – Tak z ciekawości jaki rejon odwiedzaliście? – przez moment wahała się czy odzywać się bardziej formalnie, ale uznała, ze to przecież bardzo nieformalne spotkanie i zdecydowała się mówić bezpośrednio, zwracając się tutaj do Hjalmara oraz Dagura.
Wyjaśnienie Laurenta rzeczywiście było potrzebne. I spowodowało, ze Ginevra na moment się zawiesiła, patrząc na blondyna i mrugając jasnobrązowymi oczami, jakby na moment straciła połączenie ze statkiem-matką i następowało poszukiwanie odpowiedniej częstotliwości, żeby odebrać wiadomość. W rzeczywistości jednak Ginny po prostu łączyła wątki. Pandora. Siostra Laurenta. Pandora Prewett. Znała to połączenie imienia i nazwiska, ale sądziła, że to tylko przypadek, ewentualnie jakaś piąta woda po kisielu, ale jakoś teraz… Jakoś jej się nie wydawało… Zmarszczyła brwi.
– Pandora to twoja siostra? – zapytała w końcu, kiedy bo errorze jaki wyrzucił jej mózg, nagle zapaliła się w niej żaróweczka. Ależ… ach. Niezręczne. Ale trudno. – Spróbuję. Spróbuję wszystkiego – stwierdziła, już mając w głowie plan. No bo co: ona nie spróbuje?!
A tymczasem rozłożyła miskę i nawet przykuła na siebie uwagę kilku osób. Uśmiechnęła się tylko pod nosem obserwowana przez Hjalmara, na końcu języka mając pytanie czy różdżka i transmutacja jest jakkolwiek dziwniejsza od słońca i księżyca na nieboskłonie jednocześnie… ale nie zapytała. Za to dosłyszała pytanie Tii Lewis i zaśmiała się dźwięcznie.
– Dobrze – przyjęła do wiadomości to gdzie zamierzał być Laurent – pewnie sama go znajdzie za jakiś czas i uśmiechnęła się do niego pod nosem, ale zaraz podniosła spojrzenie na Tię Lewis oraz Lillian Mills znajdującą się obok dziennikarki i machnęła do nich dłonią w geście, który miałby je zaprosić do stołu. – Przyniosłam ze sobą shoarmę, chodźcie – zawołała do nie magiczek zamierzając przełamać barierę i bezpośrednio zaprosić je do stołu. A tam… zawsze mogły sobie jeszcze porozmawiać o powiększaniu tego i owego u Bigsby’ego.