Chwilę milczała wpatrując się w niebo, na którym płynęły leniwie chmury nawet nie będące świadome tego, co tu na dole wyprawiali ona i on. Zerknęła na niego, na jego załamaną posturę i uśmiechnęła się lekko. W końcu nie wytrzymała i wybuchnęła wesołym śmiechem, ale nie śmiała się z niego. Śmiała się z tego, co się wydarzyło. Było to naprawdę zabawne. Nie sądziła, że taki czarodziej jak Rookwood stanie do walki o jej godność. Prędzej spodziewała się, że zauroczy jakimś zaklęciem tego mugola i każe mu tańczyć w jakimś przedziale kankana, a nie że zacznie się z nim tłuc na pięści. Oparła podbródek na jego ramieniu powoli opanowując swoje emocje. Uśmiechnęła się do niego i pokręciła lekko głową. Wyjęła w końcu ze swojej torby eliksir wiggenowy i podała mu go.
– Jesteś niemożliwy – szepnęła i na powrót oparła głowę o jego ramię. Było jej przy nim tak cholernie przyjemnie, choć nie powinno. – Chyba był synem kogoś ważnego w ich świecie – mruknęła znudzonym tonem. Nie obchodziło ją to, że ten facet pojechał dalej. Podniosła się z ławki i stanęła przed nim. Oparła dłoń na biodrze perfidnie odsłaniając swój obojczyk wcześniej zasłonięty kurtką. – Chodźmy na spacer. Może znajdziemy skrawek jakiejś wody i popływamy – wyciągnęła do niego dłoń.
Na jej ustach nadal widniał uśmiech. Sytuacja sprzed chwili nie była istotna póki mogła odpocząć od miasta, od tych problemów tamtego świata. Chciała się śmiać, chciała się bawić, chciała pierdolić pieprzone problemy, bo było lato i mogła odpocząć od smutków życia. Miała nadzieję, że Rookwood w końcu to zrozumie. Ona chciała zmian, chciała żyć. Może jak jej nie wyjdzie z Augustusem to wyjdzie w podróże jak jej rodzice? Pozna jakiegoś Hiszpana i zostanie tam na zawsze? Lubiła ciepłe kraje, lubiła słońce, lubiła się opalać. Lubiła żyć w świecie wiecznego lata, a nie smutków deszczowego Londynu.