Ciekawe, jak wyglądałoby ich życie, gdyby urodzili się kilka wieków wcześniej. Coś by się zmieniło? Na pewno. Jeszcze większa presja nakładana na barki, jeszcze więcej udawania, jeszcze większe różnice dzielące społeczeństwo. Mijały lata i wszystko się powolutku... chyba polepszało? Większa wyrozumiałość, większe zrozumienie. Dopóki nie widziałeś Lorda Voldemorta i jego zgrai terrorystów. Jakkolwiek nie było - niestety zawsze mogło być gorzej. Człowieka zawsze mogły spotkać większe tragedie. Ta wiosna zapowiadała się wspaniale. Wesoła i kwitnąca, miała szansę na coś lepszego. Zadatki na drobinę więcej światła w życiu. Chyba mieli mieć pecha żyjąc w tak niespokojnych czasach. Z drugiej strony... czy w świecie czarodziei w ogóle istniał czas naprawdę spokojny? Taki, w którego nie byłby wpisany żaden czarnoksiężnik, któremu wymarzyłoby się zmienienie tej rzeczywistości?
- Za to zasługujesz, by po królewsku cię traktować. - Ciągle pamiętał ich pierwsze spotkanie po szkole - to był prawdziwy czar, prawdziwa magia. Takie chwile zapisywało się w jego pamięci westchnieniem. Była to jedna z wielu chwil zapisanych w kalendarzu szczęścia, który przyjemnie się wertowało palcami. Starego kalendarza, który w zasadzie przełożono już na formę dzienników i odłożono do biblioteczki. Nie było problemem go jednak wyciągnąć. Niektóre kartki były tu częściej przeglądane niż inne. To było widoczne - więcej odcisków palców, minimalne zagięcia kredowych stronic opatrzonych barwnymi ilustracjami. Tamta noc smakowała jak Smoczy Owoc. - Odpocząłem i wszystko jest już w porządku. - Bo tak było. Choć zaobserwował w lustrze te pojedyncze, srebrzyste włosy na swojej głowie, które ukrywał na co dzień, ale niekoniecznie zamierzał je chować przed Victorią. Żeby je zauważyć i tak trzeba się było bardzo przyjrzeć w tym platynowym blondzie. - Przejdziemy się najpierw? Zanim zrobi się ciemno, - Co prawda wieczory były już dość długie, szczególnie nad morzem, ale łatwo było zagubić promienie słońca wśród drzew. Zaprosił ją gestem i nawet Duma w końcu podniósł swój leniwy zadek i podszedł również się przywitać. O wiele bardziej ostrożnie niż zazwyczaj, nie tak radoście podkładając łeb do głaskania. Węszył. Wyciągał łeb, sprawdzając zapach, który był ten sam, ale poszerzony zmysł wykrywania magii działał bardzo dobrze. Trwało to chwilę, zanim zamachał ogonem dotykając mokrym nochalem dłoni kobiety. - Tak, Duma, idziemy na spacer. - Teraz już Laurent odwrócił się do drzwi i okien i rzeczywiście machnięciem różdżki je pozamykał. Zakluczył i skierował się do lasu.
- Myślałem nad zagadnieniem tego prawa i... przydałby się na pewno ktoś, kto je lepiej rozumie. Choć mógłbym wynająć prawnika. - Zagaił spokojnie, kiedy przechodzili ścieżką ogrodu w kierunku lasu. - Co wiem na pewno to to, że najprościej będzie zacząć walczyć o zmianę tego prawa rozpoczynając od przekonania Lazarusa Rowle'a, że te stworzenia są naprawdę skrajnie niebezpieczne. - I że nie powinny pałętać się po Kniei Godryka. - Wystosowałem odpowiednie pismo do pana Rowle'a z prośbą o przydzielenie odpowiednich osób do zajęcia się tym tematem, skoro raczej mamy do czynienia z duchami niż magicznymi istotami.