07.10.2023, 22:03 ✶
Los najwyraźniej nie zamierzał mi już nigdy więcej sprzyjać, bo Avelina zamiast przemilczeć całą tę maskaradę, zaczęła się śmiać wniebogłosy, jak gdyby chciała obwieścić nawet tym bogom w niebiosach, że ze mnie, z tego Augusutusa Rookwooda, to taka ciota totalna jest, co to z mugolem nawet uczciwego pojedynku wygrać nie potrafi. Brawo! Tak, bijcie jej brawo, bo potrafiła mnie dobić totalnie, kiedy trzymałem się na ostatnich nitkach stabilności psychicznej. Kretyn ze mnie, że dałem się w cokolwiek wkręcić, że dałem się ponieść własnym instynktom.
Nawet nie wiedziałem, co mógłbym w tej sytuacji rzec. Och, Avelino, masz rację, ale gdybyś mogła, to zamilknij, proszę, bo ja sobie z większą ilością przygód nie poradzę psychicznie? Wolałem siedzieć cicho i udawać, że tu nie istnieję, skoro ona dawała znać o własnym życiu jak najbardziej.
Podniosłem na nią wzrok odruchowo i od razu tego pożałowałem, bo patrzyła właśnie na mnie. Uśmiechnięta od ucha do ucha, jak gdyby nigdy nic, jak gdyby nie wypieprzyli nas mugole z pociągu. Nie rozumiałem tego jej nagłego spoufalania się ze mną, choć musiałem przyznać, że jak na masochistę przystało, przyjemnie było czuć jej bliskość. Trochę jak lek na rany i nawet mógłbym zapomnieć o pewnych rzeczach na mojej twarzy... Mógłbym, gdyby mi nie podała eliksiru. Czym prędzej go wychyliłem. Nie tak bardzo dlatego że bywałem uzależniony od podobnych specyfików, ale dlatego by odzyskać swoją nieskazitelną twarz. Czym prędzej.
- Dzięki - mruknąłem pod nosem, przypatrując się jej twarzy.
Próbowałem odczytać i zrozumieć emocje panujące na jej twarzy. Sam byłem zdecydowanie smutny, załamany, przybity porażką, a ona... Była tak blisko mnie, wsparta na moim ramieniu, które było gotowe wspierać ją na każdym kroku, więc mogła tak pozostać choćby do późnego wieczora, do nocy nawet, gdyby zechciała.
Zapierała mi dech w piersi, szczególnie kiedy była taka rozbawiona, taka rozweselona. Prawie zapominałem, że ten humor jej dopisywał z mojego powodu. Prawie. Na domiar złego, jakieś słowa ugrzęzły w odmętach mojego umysłu, na granicy warg, kiedy wstała z ławki i odstąpiła ode mnie na krok czy nawet na dwa. To bolało, że nie mogła jednak tu pozostać na dłużej. Czemu ja już wcześniej tego w sobie nie zauważałem, już w Hogwarcie, że tak bardzo za nią szalałem, że tak usilnie jej potrzebowałem? Byłem kretynem. Kretynem i synem swego Ojca - nie mogłem o tym przecież zapominać.
Odwróciłem wzrok, kiedy uświadomiłem sobie, że musiała widzieć te wszystkie emocje na mojej twarzy. Straciłem gardę, a na domiar złego wpatrywałem się w jej odsłonięte ramię jak zahipnotyzowany. Złapałem się na nos, udając jakby coś mnie zabolało, choć czułem, że opuchlizna zeszła. Pewnie ran również już nie było i zapewne zostały tylko ślady po mojej krwi.
Przyjąłem zaproszenie. Chwyciłem jej dłoń, zabierając jeszcze po drodze swoje rzeczy z ławki. Zastanawiałem się, jak to możliwe... Skąd to...
- Nie rozumiem, czemu z każdym kolejnym spotkaniem z tobą, wychodzę na coraz większego kretyna... - stwierdziłem, kręcąc głową. Smutek zszedł z moich warg już dobrą chwilę temu, kiedy wpatrywałem się urzeczony w Avelinę. Teraz raczej byłem zmęczony tą sytuacją z pociągu i wstydem, czułem się głupi, nie znając odpowiedzi na proste pytania. Los pchał mnie do przodu, czyniąc ze mnie cyrkowego błazna, a kto by chciał takim zostać? Tylko totalny desperat.
Ale ten błazen szedł z nią właśnie ramię w ramię, trzymając się z nią za rękę. Gdzieś przed siebie. Może tak naprawdę byłem wygranym kretynem? Wygranym przegrywem?
Nawet nie wiedziałem, co mógłbym w tej sytuacji rzec. Och, Avelino, masz rację, ale gdybyś mogła, to zamilknij, proszę, bo ja sobie z większą ilością przygód nie poradzę psychicznie? Wolałem siedzieć cicho i udawać, że tu nie istnieję, skoro ona dawała znać o własnym życiu jak najbardziej.
Podniosłem na nią wzrok odruchowo i od razu tego pożałowałem, bo patrzyła właśnie na mnie. Uśmiechnięta od ucha do ucha, jak gdyby nigdy nic, jak gdyby nie wypieprzyli nas mugole z pociągu. Nie rozumiałem tego jej nagłego spoufalania się ze mną, choć musiałem przyznać, że jak na masochistę przystało, przyjemnie było czuć jej bliskość. Trochę jak lek na rany i nawet mógłbym zapomnieć o pewnych rzeczach na mojej twarzy... Mógłbym, gdyby mi nie podała eliksiru. Czym prędzej go wychyliłem. Nie tak bardzo dlatego że bywałem uzależniony od podobnych specyfików, ale dlatego by odzyskać swoją nieskazitelną twarz. Czym prędzej.
- Dzięki - mruknąłem pod nosem, przypatrując się jej twarzy.
Próbowałem odczytać i zrozumieć emocje panujące na jej twarzy. Sam byłem zdecydowanie smutny, załamany, przybity porażką, a ona... Była tak blisko mnie, wsparta na moim ramieniu, które było gotowe wspierać ją na każdym kroku, więc mogła tak pozostać choćby do późnego wieczora, do nocy nawet, gdyby zechciała.
Zapierała mi dech w piersi, szczególnie kiedy była taka rozbawiona, taka rozweselona. Prawie zapominałem, że ten humor jej dopisywał z mojego powodu. Prawie. Na domiar złego, jakieś słowa ugrzęzły w odmętach mojego umysłu, na granicy warg, kiedy wstała z ławki i odstąpiła ode mnie na krok czy nawet na dwa. To bolało, że nie mogła jednak tu pozostać na dłużej. Czemu ja już wcześniej tego w sobie nie zauważałem, już w Hogwarcie, że tak bardzo za nią szalałem, że tak usilnie jej potrzebowałem? Byłem kretynem. Kretynem i synem swego Ojca - nie mogłem o tym przecież zapominać.
Odwróciłem wzrok, kiedy uświadomiłem sobie, że musiała widzieć te wszystkie emocje na mojej twarzy. Straciłem gardę, a na domiar złego wpatrywałem się w jej odsłonięte ramię jak zahipnotyzowany. Złapałem się na nos, udając jakby coś mnie zabolało, choć czułem, że opuchlizna zeszła. Pewnie ran również już nie było i zapewne zostały tylko ślady po mojej krwi.
Przyjąłem zaproszenie. Chwyciłem jej dłoń, zabierając jeszcze po drodze swoje rzeczy z ławki. Zastanawiałem się, jak to możliwe... Skąd to...
- Nie rozumiem, czemu z każdym kolejnym spotkaniem z tobą, wychodzę na coraz większego kretyna... - stwierdziłem, kręcąc głową. Smutek zszedł z moich warg już dobrą chwilę temu, kiedy wpatrywałem się urzeczony w Avelinę. Teraz raczej byłem zmęczony tą sytuacją z pociągu i wstydem, czułem się głupi, nie znając odpowiedzi na proste pytania. Los pchał mnie do przodu, czyniąc ze mnie cyrkowego błazna, a kto by chciał takim zostać? Tylko totalny desperat.
Ale ten błazen szedł z nią właśnie ramię w ramię, trzymając się z nią za rękę. Gdzieś przed siebie. Może tak naprawdę byłem wygranym kretynem? Wygranym przegrywem?