• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 8 9 10 11 12 … 16 Dalej »
[luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre

[luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#8
08.10.2023, 18:15  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.10.2023, 18:20 przez Esmé Rowle.)  

O odwagę i śmiałość można posądzić kogoś, kto rozumie normy społeczne - co wypada i czego nie wypada, a jednak i tak je łamie, gdy wymaga tego sytuacja. Esmé nie wpisywał się w te ramy. On nie rozumiał norm społecznych. Nie przemawiały do niego. Dlaczego miał kłamać, zasłaniając się pewnymi ograniczeniami, zamiast mówić co rzeczywiście myśli? Dlaczego nie mógł wyrażać siebie? Przecież prawda była dla ludzi tak istotna, a jednak nie potrafili jej przyjmować. Nie, nie chcieli jej przyjmować na co dzień. Nie w każdej relacji i interakcji. Woleli słodkie, ugłaskane słówka, sytuacje wręcz wyuczone na pamięć - proste rozmowy o pogodzie, spotkania w parku i przy herbatce. Wszystko wytłumione, ocenzurowane, bo nikt nie chciał się wysilać. Bo każdy chciał wybierać kiedy chce znać prawdę, a kiedy chce słuchać kłamstw. Świat sam w sobie był wystarczająco chaotyczny i niezrozumiały. Zbyt trudny w nawigowaniu. Dlatego Esmé był tak ciężkim towarzystwem. Był poniekąd jak labirynt, w którym zewsząd słychać było głosy, namawiające, by podążać w jakimś kierunku. Który był prawdziwy? Żaden? A może wszystkie? W końcu labirynt był labiryntem nie dlatego, że miał jedno wyjście, a dlatego, że łatwo było się w nim zgubić.

Przykro mu? Czarodziej prychnął lekko i wzruszył ramionami. Chociaż jemu - pomyślał. Miło, że Laurent starał się okazać wsparcie, ale Esmé nie potrzebował go. To, co czuł... a może wcale nie czuł, nie dało się wypełnić współczuciem. To nie był ten kształt elementu układanki. A skoro nie wiedział co z tym zrobić, to jedynie pokazał obojętność - nie podziękował nawet z grzeczności. Grzeczność była dla tego czarodzieja... cóż, po prostu nie miał jej w zwyczaju. Częściej była maską, aniżeli rzeczywistym zachowaniem, ale z Prewettem rozmowa wyglądała nieco inaczej. Jasne, wciąż zmieniał je, ale prawie każdą prezentował jak... jakby był modelem na wybiegu. Oh, patrz jaki teraz jestem uroczy. A teraz? Teraz jestem smutny. O, nie przegap z pewnością jak jestem zafrasowany. Kreacja za kreacją, ale w każdej przekonywał, że wyglądał dobrze. Że to jest jego styl. Grzeczność nie była w jego stylu i Laurent nie zasługiwał na tak bezczelne kłamstwo.

Dosyć nijaki wzrok Esmé powoli nabrał skupienia, gdy padło pytanie. Milczał, patrząc niemo na Laurenta nie pokazując po sobie niczego, oprócz zamyślenia. Jasnym było, że w głowie zdziwaczałego czarodzieja pojawiła się odpowiedź, ale nie padła na głos. Zamiast tego Rowle zamrugał kilkukrotnie, jakby wyrwał się z objęć własnego umysłu, który próbował go wciągnąć w bagno rozmyślań.

- Czy ja, czy ja, czy ja... - odezwał się tonem, jakby właśnie wypowiedział wstęp do własnego strumienia myśli. Przy tych słowach uniósł nieco głowę, gładząc się po brodzie niczym prawdziwy myśliciel. - Lubisz prowadzić tę sekcję zwłok, co? - uśmiechnął się do swego towarzysza szeroko, cwaniacko, jakby przejrzał go, ale... tak naprawdę nie było tutaj niczego do przejrzenia. Wszystko było widoczne jak na dłoni. Zwyczajnie Esmé dotychczas przyzwalał na to wszystko, a teraz nagle coś się zmieniło. Tylko czy ta wypowiedź nie była też swoistą odpowiedzią? - Nie szkodzi. W końcu jestem żywym trupem. - dodał ciepłym głosem, by zaraz położyć swoją jedną rękę na piersi, zaś drugą na blacie stołu. Stuk. Stuk. Stuk. Powolny rytm serca. Spokojny. Może nawet za bardzo. - Zadajesz takie trudne pytania. - westchnął nagle, splatając dłonie na stole, kończąc swój mały akustyczny popis. - Ja, za to, zadam ci absurdalnie banalne pytanie. Z tego rodzaju pytań, na które od razu znasz odpowiedź, ale później sam sobie próbujesz wmówić, że jest inaczej, niż czujesz. - z każdym kolejnym słowem uśmiechał się nieco bardziej, jakby wprowadzał Laurenta w pułapkę, w ciemną uliczkę dobrze wiedząc, co tam na niego czyha. Ale na koniec wcale nie szczerzył swoich zębisk. Właściwie... uśmiech nie poszerzał się, a nabierał intensywności. - Powiedz mi, drogi Laurencie, czy jesteś szczęśliwy? - i na koniec rozsiadł się na krześle, jakby zasiadał właśnie na tronie, a pytanie było wręcz rozkazem. Oczywiście wszystko było tylko i wyłącznie wrażeniem. Esmé wciąż był tym samym zmarnowanym rzemieślnikiem, a jego słowa wciąż były tylko słowami nikogo prosto z Nokturnu. Nikt nic nie musiał wobec niego. Nie przeszkadzało to jednak czarodziejowi, by nosić się, jakby oczekiwał czegoś zupełnie innego.

Nawet najwspanialsze kłamstwo było mało wiarygodne, gdy zwyczajnie nie pasowało do scenariusza. Rowle nie zastanawiał się czy jego wypowiedź jakkolwiek pasowała. Nie miała do czego. On sam był rozrzucony we wszystkich kierunkach, że nie dało się łatwo określić co pasuje, a co nie. Pewnie dlatego Laurent uznał te słowa za urocze, a nie fałszywe. A może zrobił to zwyczajnie z grzeczności. Niemniej, Esmé spróbował wypaść teraz na przeuroczego, skoro już został o to posądzony. Uśmiechnął się słodko, najsłodziej jak potrafił. Jakby naprawdę był tak niewinny. Oh, czyżby właśnie odzierał kogoś z niej? I nie potrzebował do tego skóry czy warkoczyków.

Prewett był nieuważny. Nie, lekkomyślny. Prawda nie miała znaczenia? Czy wiedział jak niebezpieczne były to słowa? Na jakie zachowania przyzwalał? Jasne, według niego prawda nie miała znaczenia w jego wypadku, ale czym był ten ów wypadek? Odpowiednimi okolicznościami i niczym więcej. Zatem... czy to, co prawdziwe, nie miało znaczenia, gdy żyło się życiem Laurenta? Spojrzenie Esmé się wyostrzyło, jakby był wygłodniałym drapieżnikiem, który właśnie dostrzegł, że ofiara odwróciła się do niego plecami. Spoważniał, chociaż ostatecznie jego twarz była obrzydliwie nijaka.

- Słyszałeś takie słowa jak - uważaj czego sobie życzysz? - kolejny raz wypuścił myśl, której nie tłumaczył. Proste skojarzenie, bo Laurent wykazywał to samo zachowanie. Mówił bez zastanowienia jakie konsekwencje może nieść to, co mówi. I mówił to w obecności kogoś takiego, jak Esmé - kogoś tak, jak sam zauważył, niestabilnego. Nieobliczalnego. Wręcz... szalonego. A jednak nie, jednak Rowle trzymał swoje zmysły w garści. Nie miało się tutaj wydarzyć nic złego, nic nieoczekiwanego. Ot, najwyżej szalenie intrygująca rozmowa. Jednak Prewett lepiej, żeby nie odsłaniał pleców wobec innych. Przecież to wtedy najłatwiej ukraść mu kilka piór ze skrzydeł i tym samym przedłużyć jego męczarnie wśród motłochu. - Laurent, uważaj czego oczekujesz. - sparafrazował powiedzenie, by lepiej pasowało do sytuacji. Mężczyzna naprawdę oczekiwał, że w jego życiu prawda nie miała znaczenia? Że to wszystko, te "wypadkowe", które składały się na jego żywot były ponad to? Że był ponad prawdę? Aż ciężko było stwierdzić czy poniżał siebie, czy wywyższał. Nie zasługuje czy nie wypada?

Nie trudno było zauważyć, że Prewett dużo pytał, a mało mówił o sobie. I nie dlatego, że nie chciał, a wychodziło, że nie czuł się na miejscu, by o tym mówić. Jakby... jemu po prostu nie wypadało. Ale Esmé nie dbał o to, co wypada, a czego nie - to już zostało powiedziane na wstępie. Czarodziej pozwalał uderzyć w siebie, a następnie niczym rykoszetem odbić. Może jego towarzysz myślał, że niczego nie zdradza, ale właśnie tym milczeniem zdradzał dużo. Tak samo tymi pytaniami, które czasem brzmiały tak, jakby chciał aby to jemu zostały zadane. Nie, może sam zadawał je bardziej sobie, niż rzemieślnikowi? Tak czy inaczej, Esmé nie musiał pytać, by znajdować odpowiedzi na pytania i ta dynamika rozmowy pasowała mu tak długo, jak Laurent nie poczuł się w niej nieco zbyt swobodnie. Nieco zbyt... w swoim królestwie. Czarodziej jak na złość starał się to teraz nieco zmienić. Na tyle, by nie wykoleić tej rozmowy, ale wciąż wystarczająco, by zboczyła z komfortowej trasy, do której Prewett był przyzwyczajony. Czas na wyboje.

I wyboje już nastąpiły wcześniej. Teraz Esmé pokiwał głową, zdecydowanie zgadzając się z przedmówcą - takie historie byłyby okrutnie nudne. Należałoby wtedy bardziej się gimnastykować, by zachować ciekawość w tej dyskusji. Dlatego ani jeden, ani drugi nie usiedli w krainie normalności, a wędrowali po tematach, które niekoniecznie powinny być poruszane podczas pierwszej rozmowy po latach z kimś, kogo praktycznie się nie znało. Ale to właśnie dlatego było tak ciekawie.

Zamrugał zaskoczony, gdy Laurent śmiało oznajmił jaki jest jego cel. Sprawić by serce Esmé zabiło. Powoli przeniósł wzrok na dłoń, która wskazywała na jego klatkę piersiową, na którą zaraz zresztą spojrzał, jakby chciał dostrzec tę dziurę, którą w sobie widział dotychczas jedynie oczyma wyobraźni.

- Laurencie... - mruknął, przenosząc na niego spojrzenie - pobłażliwe, ale ciepłe. Niczym matki, której dziecko zapewniało, że dla niej ściągnie gwiazdkę z nieba. Oh, jakże uroczo w tej dziecinnej naiwności. - Nie ładnie pokazywać na innych palcem. - przechylił głowę na bok i wciąż uśmiechał się. Wciąż jednakowo, cóż, lekceważąco. W ten sposób też unikał komentarza na te słowa. Jasne, Laurent, próbuj. Powodzenia. Właściwie to nawet był zadowolony, że właśnie taki cel miał Prewett. Nawet jeżeli nie musiało mu się udać, to było ciekawie. Ciekawie chociaż obserwować te próby i to, co wymyśli, aby wywołać coś więcej, niż echo powracające z dziury.

Rozplótł dłonie, by oprzeć łokieć lewej ręki na oparciu krzesła obok. Założył nogę na nogę, by swobodnie przyglądać się Prewettowi, gdy ten zaczął snuć opowieść o swoim marzeniu. Wydawał się w nim tak rozsmakowany, aż miło było spojrzeć na kogoś, kto mówił coś z taką... satysfakcją. Przyglądał mu się, samemu mając pogodną minę, zdradzającą, że właśnie na tego rodzaju historie liczył najbardziej. A jednak brew została uniesiona, gdy padło słowo "Raj". Przecież bardziej pasował do anioła, niż do Boga, ale... kto nie był bohaterem w swojej własnej historii? Nie przerwał mu, pozwolił dokończyć. Domyślał się, że chodzi o rezerwat, w końcu z tego słynęła jego rodzina. To było ich forte. Chyba. Przynajmniej według opinii publicznej, bo co kryło się podszewkach? Oh, tego nie wiedział, ale był pewien, że jakiś brudny sekret. Tak, jak i w jego własnej rodzinie.

- Raj... powiadasz? - mruknął pod nosem, zdecydowanie bardziej do siebie, niż do samego właściciela ów skrawka wspaniałości. - Może... może i masz rację. Może i jest to Raj. Twój własny Raj. Personalny. - wciąż jego wzrok był mętny, a głos niewyraźny, wręcz bełkoczący. Obrócił głowę na bok. - To co dla jednych jest spełnieniem marzeń, dla drugich może być koszmarem. - a zatem nie istniał uniwersalny Raj. Ciemne spojrzenie wróciło do Laurenta, teraz już skupione. - Gratuluję. Mam jednak małą poradę dla każdego właściciela Raju. - odezwał się też lekko rozbawiony - tak jak Prewett, gdy oznajmił czym było jego marzenie. Esmé pochylił się do przodu, opierając obie ręce na blacie, tworząc wrażenie, jakby przekazywał jakąś konspirę. - Uważaj na węże. - wyszeptał i zaśmiał się wesoło. Obaj byli wężami, czyż nie?

Odchylił się na krześle do tyłu, a obie dłonie miał na krawędzi stołu, by w razie czego chwycić się, aby zwyczajnie nie polecieć na plecy, gdyby nogi... nieco za dużo siły włożyły w kołysanie się. Milczał i patrzył na Laurenta spojrzeniem, które widocznie oceniało. Przyglądał mu się tak, jakby spoglądał na niego z ukrycia, zza filara, niczym zbyt wierny fan, który chciał wiedzieć coś, czego nie powinien. Wyrwać trochę tej prywatności, do której przecież nie miał prawa.

- A jednak nie wyglądasz jak ktoś, kto prawie dorównał Bogu. - wypowiedział te słowa, niczym byłyby one wyrwanym dokończeniem jakiejś myśli, która plątała mu się po umyśle. Satysfakcja w głosie była jednym, ale sam Laurent... nie wyglądał na człowieka, który żyje w Raju. - To jak, hm? Czy też prawda nie ma tutaj znaczenia? - gdzie było kłamstwo? Skoro był to Raj, to czemu Laurent nie brzmiał, jakby w nim żył? Jeżeli nie był to Raj, to czemu mówił z taką satysfakcją? O co tutaj chodziło? Coś zdecydowanie było nie tak. Nie było, tak po prostu, logiczne. A przynajmniej nie wpasowywało się w logikę, jaką posługiwał się sam Esmé. Tak, tę pokrętną logikę, którą potrafił uzasadniać swoje szalenie zmienne zachowanie.

When your moon is fake and your mermaids cry
Do you ever believe you were stuck in the sky
When your tunnel fades and your guide is shy
Do you ever believe you were stuck in the-
Sky?
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Esmé Rowle (13428), Laurent Prewett (13150)




Wiadomości w tym wątku
[luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Laurent Prewett - 26.09.2023, 17:21
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Esmé Rowle - 27.09.2023, 04:03
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Laurent Prewett - 27.09.2023, 08:59
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Esmé Rowle - 30.09.2023, 18:20
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Laurent Prewett - 30.09.2023, 20:22
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Esmé Rowle - 01.10.2023, 02:57
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Laurent Prewett - 01.10.2023, 10:27
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Esmé Rowle - 08.10.2023, 18:15
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Laurent Prewett - 08.10.2023, 19:13
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Esmé Rowle - 14.10.2023, 11:41
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Laurent Prewett - 14.10.2023, 13:04
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Esmé Rowle - 05.11.2023, 03:35
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Laurent Prewett - 05.11.2023, 17:34
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Esmé Rowle - 16.11.2023, 03:00
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Laurent Prewett - 16.11.2023, 22:16

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa